czwartek, 22 lipca 2021

Turmoil

      Tom ubrał się tak, jak na misje specjalną przystało. Założył lamerski kombinezon, miał przypięte dwie spore maczety na plecach i nawet nałożył kamuflaż na swoją wytatuowaną buźkę. Czekał na mnie moszcząc się na fotelu, zadowolony z tego, że w końcu może chwilkę posiedzieć. Dziś cały dzień latał po rezydencji i załatwiał sprawę transportu, dopinał szczegóły misji, szukał dla mnie lekarza, który postawiłby mnie na nogi w tempie ekspresowym... 

      Ja zaś leżałam na swoim łożu i przyjmowałam co chwilę jakieś nowe kroplówki. Teraz leciała ostatnia, była bardzo dobrze rozcieńczonym roztworem cerberosa. Czułam jak wypala mi żyły, miałam ochotę wyjść z siebie i stanąć obok, bo skurcze mięśni rozrywały mnie od środka. Najbardziej bolała mnie jednak głowa, w której czułam wręcz przepływ tego świństwa. Wrażenie jakby chodziła mi tam siafu z gromadką dzieci sprawiało, że zalewałam się potem z przerażenia. Oczy niemalże wychodziły mi z orbit. Nie krzyczałam. Miałam knebel w ustach, który Tom wcisnął mi po tym jak obudziłam całą rezydencje. Powiedział, że włączyłam wszystkie systemy ostrzegawcze. 

     - Tess, jeszcze z dwie minutki, wytrzymasz- to nie było pytanie. Nie pozwoliłby mi przerwać terapii - potem obiecuje, że będzie Ci o niebo lepiej. 

     Nawet zebrałabym się w sobie i odpysknęłabym coś, ale nie miałam takiej możliwości. 

      Dwie minuty ciągnęły się w nieskończoność. Wypociłam z siebie chyba całą wodę, którą wypiłam podczas protestu w ośrodku. Nie mogłam się nawet skupić na żadnej myśli, która odciągnęłaby mnie od tej męki. Wiedziałam jednak, że bez tego nie dałabym rady. Byłam osłabiona, jak nowonarodzone dziecko, korzystajace z każdej okazji na sen, który przerywa tylko na posiłek. Gdy ostatnia kropla cerberosa spłynęła cienkim przewodem do mojej żyły poczułam taką ulgę, że aż mi łezka poleciała. Tom wyciągną knebel z moich ust i bardzo szybko odsunął się w obawie, że mu przyłożę. 

     - Podaj mi szklankę wody. 

     Podał ją i skrzywił się, gdy zgniotłam szkło między palcami. Zapomniałam o panowaniu nad siłą. Woda wylała mi się na nogi, mocząc jeszcze bardziej prześcieradło. 

     - Kurwa, panuj nad sobą... - zaczął zbierać szkło i wyrzucił je do kosza przy łóżku. Położył ręce na prześcieradle i zaczął je ściągać - nie możesz tak odwalać. Idziemy na misje... 

     - Tom, zabieraj łapy. Daj mi pięć minut, muszę... muszę się uspokoić- w mojej głowie wszystko wrzało. Ogarniał mnie na zmianę gniew i błogi spokój. Miałam ochotę rozerwać go na strzępy i przytulić jednocześnie. Bałam się samej siebie- po prostu wyjdź. 

     Zamknął za sobą drzwi i poczekał na zewnątrz. Ja w tym czasie postanowiłam się ubrać. Założyłam dokładnie to samo co Tom. Wyglądałam kretyńsko w tym czarnym kombinezonie z kewlarowymi wstawkami, ale coś czułam, że może mi się on dzisiaj przydać... 

    Na szelkach operacyjnych zaczepiłam kabury z berettami Px4 i miecz samurajski (bo zawsze chciałam go zabrać na misje. Wygląda ko- zac- kooo~). Twarz pomalowałam kompletnie na czarno, bez zabawy w żadne wzorki. W lustrze widziałam kogoś groźnego- na pewno nie chciałabym zadzierać z osobą, która w oczach ma taką pustkę jak ja teraz. Byłam gotowa. Po terapii cerberosem wróciłam do formy w zastraszająco szybkim tempie. Już dawno nie czułam tak ogromnej siły w środku. 

    Wyszłam na korytarz i odnalazłam Toma, który stał oparty o ścianę, ćmiąc szluga bez filtra. Zabrałam mu go i zaciągnęłam się bezczelnie uśmiechając się przy tym jak dziecko, które coś sknociło. 

    - Już Ci lepiej?

    - Nawet nie wiesz jak bardzo...

                          *     *     *     *    *

    Przed rezydencją stał czarny bus z odpalonym silnikiem. Kierowca patrzył przed siebie i nawet się z nami nie przywitał, gdy wsiedliśmy do tyłu. Ruszył tylko płynnie i bez słowa obrał nieznany mi kierunek. Tom nie chciał zdradzać żadnych szczegółów misji, co moim skromnym zdaniem było dość... nierozsądne. Jeśli nie będę wiedziała po co tam jedziemy to jak mam pomóc? 

    - Tom nie uważasz, że powinnam wiedzieć, co mamy dziś do zrobienia? 

    - Jak Ci powiem, to mi nie uwierzysz. Po prostu... strzelaj i tnij to samo co ja. 

     - To debilna taktyka szefie. 

     - Jest lepsza niż Ci się wydaje, to prosta szybciutka misja. Wchodzimy, kasujemy... problem i wychodzimy. Nie przewiduję    kłopotów. 

                                *  *   *   *

     Zatrzymaliśmy się przed zniszczonym miastem, wyglądającym jak z pocztówek Craco. Kierowca otworzył nam drzwi i ukłonił się w pas, jednocześnie mówiąc "powodzenia" co przyprawiło mnie o dreszcze. Dzień dobry nie było a teraz... teraz nagle przemówił. Co się tu dzieje... 

    - Tess, chodź, musimy wejść do labiryntu. 

    Tuptałam za nim jak za mamą kaczką. Rozglądałam się dookoła szukając oznak jakiś patologii z którymi będzie nam dane wpakować parę pocisków, ale widziałam tylko gruz. Dużo gruzu. 

    Tom obrócił się do mnie i błysnął zębami.

    - To tu - wskazał zwykłą płytę kanałową- podnieś ją i powiedz jaki zapach czujesz. 

     No debil. Jak może niby pachnieć w kanałach, przecież... 

     - Wata cukrowa? - byłam autentycznie zdziwiona, słodki zapach sprawił że moje ślinianki rozpoczęły pracę na najwyższych obrotach- to powinno tak pachnieć?

     - Każdy obdbiera to jako coś innego. Ja czuję zapach... skóry. To ma nas kusić. Kojarzysz dzieci na festiwalach, gdy czują zapach ulubionej przekąski to ciągnął rodziców za rękaw i proszą dopóki nie zatopią zębów w hot- dogu, albo frytkach. Ty czujesz watę cukrową. Mamy tu słodyczożerce.

    Wyciągnęłam pistolety z kabur i spojrzałam na Toma z miną w stylu "jeszcze jedno słowo...", a on zaśmiał się rubasznie i po prostu skoczył w czeluść kanałów, które plątały się pod całym miastem. Dobrze, że nie mam klaustrofobii... 

    Buty zapadły się w przeschnięte resztki ze ścieków, bogactwo śmieci, gówna i trupków szczurzych... fantastycznie, dobrze, że nie założyłam japonek, bo musiałabym obciąć sobie stopy po tej misji... dalej czułam jednak tylko słodki zapach grzanego cukru, co biorąc pod uwagę to po czym deptałam było fascynujące. W mroku kanałów drogę oświetlał mi nikły blask mikro latarki przypiętej do pasa. Widziałam tylko kawałek drogi i światełko Toma, który utrzymywał spokojne tępo, co chwilę obracał się do mnie i kontrolował czy nadążam. Teraz jednak wyciągnął rękę i złapał mój pasek, wyłączył latarki i przesunął nas pod ścianę. Czułam jak jego ciało zastyga w bezruchu. Na chwilę nawet przestaliśmy oddychać. 

    Wtedy usłyszałam cichy, bardzo cichy szmer, dźwięk wykałaczki wbijanej w styropian. Pat, pat, pat, coraz bliżej, coraz wyraźniej. W środku tunelu zaczął się rozpościerać ciepły złoty blask, a jego źródło coraz lepiej widoczne na chwilę zmroziło krew w moich żyłach. Słodki zapach był tak wyraźny, że zaczęły łzawić mi oczy, czułam jak żołądek się skręca, a śniadanie wszamane na szybko, podjeżdża do gardła. Tom nachylił się i szepnął:

   - Walimy do Arachne aż jej oczy przestanął świecić.

    Nasz cel, był tak groteskowy, że pojęłam dlaczego Tom nie chciał mi nic powiedzieć. Hybryda człowieka i pająka, naga kobieta z wielkimi złotymi świecącymi oczami, konkretnie dwiema parami, szła powoli tym swoim przerażającym chodem stawiając cztery pary odnóży na podłodze, a dwiema podpierała się na ścianach, krusząc pod nimi cegły. Gdy spojrzała w naszym kierunku oślepił mnie na chwilę jej blask. Przez krótki moment nawet uznałam ją za piękną. Aż szkoda było to zabijać.

    -Tess, Teeees, kurwa otrząśnij się ona Cie kusi, musisz się temu oprzeć! - Tom wbił mi łokieć pod żebra i oddał pierwszy strzał w jej kierunku. Stęknęłam z bólu, ale byłam wdzięczna, bo przestałam ją widzieć jako wspaniałą istotę. 

    Arachne wykrzywiła usta i warknęła, gdy pocisk przebił jej brzuch, z którego zaczeła wylewać się złota ciecz. Nie zwolniła jednak, zaczęła wręcz biec w naszym kierunku z nienawiścią wymalowaną na twarzy. 

    Zaczęłam strzelać do niej z obu pistoletów naraz. Tom sięgnął do maczet i krzyknął żebym go osłaniała. Sprintował w jej kierunku młucąc ostrzami jak prawdziwy Itzá, a ja kontynuowałam ostrzał uważając by nie trafić przy tym partnera. Arachne robiła niesamowicie szybkie uniki, przy których jej upiorne ciało wspierane ośmioma pajęczymi nogami, wiło się blisko podłogi kanałów. Odwłokiem obijała się o ściany zostawiając na nich grube nici. Trafiłam ją już z dziesięć razy, a ona wyglądała jakby ktoś ją oblał złotą farbą, spod której już tylko gdzieniegdzie przebijały się pasy skóry w kolorze mlecznej bieli. Tom starł się z nią w połowie drogi, odcinając jednym ruchem połowę jej upiornych odnóży. Krzyknęła z zaskoczenia, gdy pozbawiona stabilnej podpory runęła jak długa przed siebie. Tom oderwał się od podłogi i wskoczył jej na plecy. Wbił maczety w jej głowę i rokroił czaszkę na trzy części. 

    Oczy Arachne zgasły, a dookoła nas zapanował mrok. 

1 komentarz:

  1. Fajne, pozwolę sobie nie zagłębiać się w logikę stojąca za zarządzaniem Toma xD tak to chciałem powiedzieć, że interesująco się rozwija. Nie spodziewałem się takich istot w tej opowieści :o
    Czekam na kontynuację.

    OdpowiedzUsuń

Byłoby miło, jakbyś, no wiesz, coś napisał :v tak z serca :v