Gdy Hades rozmawiał z Posejdonem w pokoju obok, a ja spokojnie studiowałam anatomię Toma- dowiedział się kilku ciekawych rzeczy. Na statku znajdowała się część zamówienia Zeusa, dlatego mieliśmy nim wrócić w okolice siedziby. Wcześniejszy plan zakładał raczej porzucenie Cyklady na cumach i powrót wozem opancerzonym. Posejdon w słodkiej nieświadomości połowicznie dopiął swego, nie chciał opuszczać pokładu na zbyt długo, to teraz będzie tam uwięziony. Nasza rola polegała na dopilnowaniu by dopłynął tam gdzie mu każemy i doprowadzeniu go przed oblicze Zeusa. Na dywanik do gówniarza- pomyślałam- ciekawe czego tak bardzo się bał w powierzonej misji. Ja zabiłam legendarną Arachne i wszystkie jej dzieci. Pewnie gdyby ktoś mi powiedział, że ide na rzeź nieletnich też miałabym opory. Koszmary wcale nie były przyjemne. Wstawanie z poczuciem pustki w sercu też. Podejrzewałam więc, że misja Posejdona była równie kiepska, bądź jeszcze gorsza. Dodatkowo ja niemal ciągle jestem na cerberosie. Mam upajającą siłę w sobie, regenerację, o której większość ludzkości może tylko pomarzyć... a on dostawał mocy na 5 minut i elo. Mojego kopniaka, który tylko złamał mu trochę podstawy czaszki leczył już ponad dziesięć minut. To naprawdę żałosny wynik jak na naszą wesołą organizację.
Łódź cięła drobne fale, gdy braliśmy zakręt mijając wielki klif porośnięty zieleninką. Słońce prażyło nas niemiłosiernie, usiłując zasiać zalążki nowotworu skóry. Nie z nami te numery, jedziemy na takich draksach, że nie ma na to najmniejszych szans.
Moim oczom ukazała się potęga MAC- ship'a w całej okazałości. Był ooooogromny. Nawet nie znajduje na to słów, my na naszej łódeczce wyglądaliśmy w porównaniu z nim jak mróweczki przy słoniu. Pomalowany na odcień szafirowy i ultramarynowy w nieregularnych wzorach. Ktoś próbował go zakamuflować, to bardzo urocze. Może z kilometra by go było odrobinkę mniej widać...
- Jak my niby mamy na to wejść?
- Po łańcuchu od cumy- odpowiedział Tom.
Wzdrgnęłam się. Przecież to się prosi o poślizgnięcie, takie łańcuchy są raczej mało bezpieczną drogą do celu.
- To ja może poczekam w łódce. Wy sobie tam wejdźcie załatwcie co trzeba, a ja....
- Tess. Czy ty się boisz na to wejść?
- Tak.
- Wymordowałaś przeklęte istoty w kanałach, a boisz się wspinaczki?
- Boję się spaść do wody prosto w szczęki jakiejś ryby. Dużej ryby. Małej w sumie też. Nienawidzę żyjątek wodnych, są śliskie, śmierdzą i....
Przerwałam. Tom i Hades patrzyli na mnie z bardzo dziwnymi uśmiechami. Nie komentowali głośno tego, co im powiedziałam, ale coś czułam, tak w serduszku, że będę mieć od teraz przejebane. Dopłynęliśmy do tego wielkiego obleśnego łańcucha i zamocowaliśmy naszą łódź tak, żeby nie poplumkała w siną dal.
Hades zarzucił sobie na plecy Posejdona, obwiązałam się liną, żeby larwa nie spadła i zaczął wspinaczkę. Używał głównie swojej lisiej zwinności praktycznie przeskakując z jednego łączenia na drugie. Ewidentnie nafurał się cukierkami z cerberosem, bo wspinaczka z tym obciążeniem nie miała szans przebiec tak sprawnie bez wspomagaczy...
- Ciekawe co z załogą - zagadnął Tom - takie lotniskowce są napędzane przez pracę kilku tysięcy ludzi nie licząc wojska. Znając Zeusa dał mu stu ludzi z naszej małej akademii dla zabijaków z więzienia, ale skąd wytrzasnął ludzi do napędzania tego molocha?
Dobre pytanie. Na pewno przekonamy się, jak tylko tam wejdziemy. Twarz Hadesa to nasza mała przepustka do świata żywych, bo 100 najemników na spokojnie jest w stanie nas conajmniej zirytować, a tego chcieliśmy uniknąć. Kuloodporna w większości przypadków również nie jestem.
- Tess idź przodem, będę tuż za Tobą, złapie Cię jak będziesz spadać.
- Jak mnie nie złapiesz, to przysięgam, że nigdy więcej mnie nie zobaczysz. Pobulbulam na dno.
Uśmiechnął się, przez co wyglądał jak bardzo uroczy mały demon. Na pewno mnie złapie. Kurwa nie mam jednej ręki, a ta proteza jest dla mnie zbyt nowa, bym jej zaufała z podtrzymaniem całego mojego ciężaru. Czeka mnie wspinaczka z pomocą tylko jednej łapy. Widziałam to kiedyś na platformie z filmikami, na pewno dam radę.
Położyłam prawą dłoń na spoiwie i bardzo ładnie poprosiłam je w duchu by mnie nie zrzuciło. Odwróciłam się tylko na chwilę do Toma i rzuciłam na odchodnym żeby trzymał się blisko.
Zaparłam się ręką o górną część, i wzięłam ostatni oddech.
Showtime. Moc prawej łapy 10000%
Poderwałam się z pokładu jednym bardzo szybkim susem. Ledwo sięgnęłam następnej górnej krawędzi, znów wypchnęłam się do góry. W ten sposób doszłam do połowy drogi. Złapałam się drżącą ręką tak, żeby nie spaść. Praktycznie tu wskoczyłam... słodki jeżu w morelach, dyndam nad wielgachnym zbiornikiem wodnym trzymając się tylko stali o średnicy 90 milimetrów...
Gdyby te spoiwa były większe nie miałabym szans na utrzymanie się. Po prostu chlupnełabym do wody. Spodziewałam się ogromnych stalowych molochów ociekających wodą z masą wodorostów. Koniecznie grubości mojego tułowia, większe niż ja sama. Tymczasem były to wielkości przeciętnej łydki okropne owalne przyrdzewiałe gówna, skonstruowane tak, żeby nie ułatwiać mi wcale tej wspinaczki.
- A na końcu muszę skoczyć na wylot kotwicy, wdrapać się na niego, nie zabić się i znaleźć drabinkę. Tak. To zajebisty plan. Kurwa. Spokojnie....
Dyszałam pocąc się jak świnia ze stresu. W zasadzie- pomyślałam- to strasznie durne powiedzenie, bo świnie nie mają gruczołów odpowiedzialnych za pocenie i...
- Tess! - krzyknął Tom tuż za mną- wszystko gra?
- Potrzebuje tylko chwili przerwy. Tylko chwilki.
- Dasz rade. Powiedziałbym, że wyglądasz bajecznie z tej perspektywy, ale masz szarawary więc byłoby to kłamstwo.
Co za gnój. Obraza majestatu.
Wzięłam kilka oddechów na uspokojenie i kontynuowałam szaloną wspinaczkę. To jest najgorsze co mnie ostatnio spotkało. Na końcu łańcucha czekał mnie całkiem wąski wylot, przypominający wejście do kanałów. Przygotowałam się do najgorszej części. Wskoczenia na górę. Jeśli Hades dał radę z obciążeniem, to ja też. Chyba. Mam nadzieję. Proszę.
Zaczepiłam stopy o otwory w konstrukcji i naprężyłam się jak gepard przed wyskokiem. Dam radę.
Skoczyłam. Zaczęłam niestety lecieć nie do końca tak jakbym chciała. Za bardzo przechyliłam się do tyłu. Poczułam mocne uderzenie w plecy Tom skoczył tuż za mną i dopilnował, bym nie spadła, tak jak obiecał. Z łoskotem przywaliłam w bok statku, odbijając sobie szczebelek drabinki na czole. Piękna sprawa, takie przyłożenie o poranku. Wyjrzałam za krawędź i patrzyłam jak mój bohater leci w stronę wody. Miał rękę przyłożoną do czoła w prześmiewczym geście salutowania. Co za bohaterska postawa. Uśmiechnęłam się i patrzyłam czy wypłynie. Całe szczęście po chwili zaczął się wtarabaniać na łańcuch, przeskakując po kilka spoiw za jednym odepchnięciem. Niedługo później wskoczył na wylot obok mnie, ociekający słoną wodą.
- Dzięki za ratunek mój bohaterze. Masz glona we włosach.
- I żyjątko z boku statku- pokazał mi jakiegoś śmierdzącego skorupiaka wyraźnie zadowolony ze zdobyczy - w restauracji się płaci za takie delikatesy!
- Nigdy nie byłam w prawdziwej restauracji i zaczyna mnie to cieszyć...
- Zabiorę Cię na wiadro owoców morza w porcie, są pyszne.
- Są obleśne i brudne, bo zajmują się oczyszczaniem oceanu. To o b r z y d l i w e - Zdjęłam mu glona z włosów lewą "ręką" i wytarłam ją o jego mokrą koszulkę- Ale na pewno pójdziemy kiedyś do restauracji. Tylko nie takiej.
Uśmiechnęliśmy się ciesząc dusze tym momentem. Tom z nonszalancją wskazał mi drabinkę jakby była schodami do nieba. Zaczęłam ostatnią wspinaczkę tym razem już na spokojnie, bez skakania. Po wdrapaniu się na pokład ujrzałam Hadesa wydającego ciche polecenia do rekrutów organizacji. Już otrzeźwiły Posejdon siedział w swoim kokonie z liny najwyraźniej zadowolony z obrotu sytuacji.
- Mogliście od razu mówić, że płyniemy moim maleństwem. Dajcie mi tylko nakarmić załoge i ruszamy! - powiedział- to zajmie godzinke i możemy odbijać.
- Ty zaraz trafisz do celi jak się nie zamkniesz - warknął Hades.
- Nie radzę Ci tego robić, widzisz... bez mojej pomocy chuja ruszycie, ale nie lotniskowiec. Zejścia do załogi pilnują hybrydy Toma, a cele... są zajęte. Do mojej kajuty też nie radzę się zbliżać.
Rekruci pokiwali głowami.
- Zostawił nam zapas wody i żarcia. Powoli się kończyło więc chcieliśmy zejść do kuchni. Straciliśmy czwórkę z nas- powiedział jeden z nich.
To faktycznie komplikowało sprawę.
Hades rzucił wściekłe spojrzenie na Posejdona. Podszedł do niego i zaczął zdejmować linę mamrocząc klątwy pod nosem. Przeciął mu trytytki łączące kostki, ale zostawił te na nadgarstkach.
- Prowadź do załogi. Trzeba rozruszać tego molocha.
- Tak jest.
* * * *
Wyruszenie wcale nie zajęło godziny. Hybrydy były najedzone, bo zeżarły wcześniej kilku członków organizacji, ale załoga była w nie najlepszym stanie. Biedota slumsów z całego świata, spięta kajdanami na nogach była przykuta do swoich stanowisk pracy. Wszyscy musieli pod nieobecność kapitana wypróżniać się do wiader. Oczyszczenie tego, oraz puszek z jedzeniem dla psów zajęło sporo czasu.
W celach siedziały zamknięte kobiety, śmierdzące kwaśnym odorem potu. Wpatrzone tępo w sufit nawet nie reagowały na naszą obecność. Wszystkie były w tragicznym stanie. Miały jedzenie w dozownikach i wodę, zupełnie jak chomiki w klatkach. Posejdon trzymał je do badań dla Zeusa. Badań, które prowadził Tom.
- Nie, nie, nie... Mówiłem, że muszą być w pełni sprawne - narzekał - trzeba je umyć, nakarmić czymś innym niż żarcie dla psów...
- Tylko to mamy. Ja też jem żarcie dla psów.
- Tak, tak, a potem schodzisz na ląd i żresz jak król... Tess, pomóż mi je ogarnąć.
Przypominały mi moją matkę. Ona też tak wyglądała po miesiącu chlania i ćpania. Zakopana w świecie uniesienia zapominała o myciu się, jedzeniu... Zawsze musiałam ją wtedy ogarniać siłą. One nie będą przynajmniej stawiały oporu. Kazałam przynieść im czyste ubrania i wyjść. Sama się nimi zaopiekuje.
Najpierw zajęłam się sprzątaniem celi. Opróżniałam kubły z fekaliami i myłam podłogę z wymiocin i bliżej nie określonych syfów. Za każdym razem więźniarka kuliła się w koncie nie rozumiejąc co się dzieje. Nikt najwyraźniej im tu nie sprzątał od bardzo dawna. Urobiona po łokcie i śmierdząca równie źle co one otworzyłam Wszystkie cele i zagoniłam je do łaźni. Rozebrałam się i zaczęłam po kolei szorować każdą z nich. Najciężej było domyć włosy, splątane do granic możliwości. Spędziłyśmy kilka godzin na rozczesywaniu każdej z nich. Dałam im po grzebieniu i kazałam pomagać sobie nawzajem. Czego nie dało się odratowania, odcinałam nożem. Na koniec zmyłam z sobie jak najdokładniej wszystko co podczas sprzątania przyległo do mnie na tyle mocno, że tylko wrzątek i mydło mogło to wyegzorcyzmować. Jedna z nich siedziała na drewnianym taborecie i czyściła moją protezę. Niektóre zaczęły nawet cicho rozmawiać. Powoli wracało do nich życie, co nawet mnie cieszyło. Nie miałam zamiaru psuć im chumoru mówiąc, że są tylko materiałami do badań nad ulepszeniem cerberosa. Większość z nich zginie, może nawet wszystkie. Teraz siedziały jednak w balach z gorącą wodą, korzystając z chwili połowicznej wolności jaką im dałam.
- Przyszłaś nas zabrać? - spytała dziewczyna czyszczącą moją protezę - idziemy gdzieś z tobą?
- Nigdzie Was nie zabieram.
- A gdzie płyniemy? Słychać przecież, że maszyny znów pracują. Niewolnicy pewnie już jedli i będziemy płynąć.
- Proszę Pani, a będziemy mogły rozmawiać w celach?
- Czy dostaniemy coś innego do jedzenia? Ta papka śmierdzi.
- Dlaczego pozwoliłaś nam sie umyć?
Zalewały mnie pytania, na które wcale nie chciałam odpowiadać. Ja wcale nie pomagałam tym dziewczynom, tylko usiłowałam wyczyścić swoje sumienie. Chciałabym przestać czuć jego wyrzuty. Sytuacji z banku jakoś tak nie rozpamiętuje, a działy się tam dantejskie sceny.
- Dajcie jej spokój. To jedna z Nich- powiedziała brunetka siedząca na mokrych kafelkach pod strumieniem wody lecącej z prysznica.
Miała rację. Byłam jedną z Nich. Byłam ludzkim odpadem.
W łaźni znów zapanował cisza.
* * * *
Usadziłam je w celach, ubrane w czyste piżamy. Powiedziałam, że mogą rozmawiać jak zostaną same, ale mają milczeć, jeśli ktokolwiek wejdzie. Niech sobie pogadają póki jeszcze mogą.
Wyczerpana fizycznie i psychicznie poszłam na piętro w którym znajdowała się kajuta Kapitana. Tam siedział pewnie i Hades i Posejdon.
Po otwarciu drzwi ujrzałam jednak coś, czego się nie spodziewałam.
- Co do... - wypaliłam
Połowa kajuty była w zasadzie wielkim łożem z dziesiątkami poduszek. Wszędzie walały się damskie ciuchy, pudełka po jedzeniu z zamrażalnika i butelki po wodzie.
Mówiąc w skrócie, Posejdon trzymał w swoim pokoju pięć pań do towarzystwa.
- MISIU JAKAŚ PANI DO CIEBIE- Krzyknęła w stronę łazienki jedna z nich.
- Rozgość się słodziutka, on się strasznie długo kąpie jak wraca z chlania.
- Bo chce dla nas pięknie wyglądać- zaświergotała drobna szatynka.
To jest jakiś kurwa żart.
- Misiu Pani nie chce usiąść chyba się spieszy.
- Strasznie cuchną Ci ubranka, byłaś u tych obdartusek na dole? Zapomniałyśmy ich popilnować przez jakiś czas, pewnie siedzą już we własnym gównie- szatynka śmiała się tym swoim pięknym głosikiem, zasłaniała usta jak prawdziwa dama.
Damy nie damy, one raczej damy.
Posejdon w końcu wyszedł z łazienki w szlafroku i z cygarem w gębie.
- Drogie panie, szampana? Koksu? Cukiereczków? Czego moje słodziaki pragną?- jego wzrok zatrzymał się na mnie i dostrzegłam cień wściekłości, który bardzo szybko znikł z jego oczu- a ty tu czego.
- Przyszłam licząc na to, że spotkam Hadesa, ale Ty też się nadasz. Potrzebuję nowych ubrań, bo te są do wyrzucenia.
Pstrykną, a laska podobna w gabarytach do mnie podbiegła do szafy i wyjęła z niej luźną sukienkę. Najwyraźniej uznała że mam zamiar ubrać się ładnie.
Spojrzałam na nią jak na durnego cielaka i sama podeszłam do szafy, przegrzebując ją w poszukiwaniu czegoś praktycznego.
- Ej! Robisz mi bajzel w ciuchach! - pisnęła jedną z nich- to markowe! Zostaw!
I rzuciła się bronić swojej własności. Gdy złapała mnie za łokieć i próbowała odciągnąć od szafy lekko złapałam ją za kark i podniosłam nad podłogę. Jak psa.
- Jeśli jeszcze raz mnie dotkniesz, wyrwę Ci nogi i będziesz je jadła aż dopłyniemy na miejsce. Dotarło?
Przerażona potakiwała tak szybko, że prawie wyślizgnęła mi się z ręki. Odstawiłam ją na podłogę i pozwoliłam by oddaliła się pospiesznie w stronę koleżanek, które stłoczone w rogu łóżka starały się wręcz nie oddychać. Patrzyły błagającym wzrokiem na Posejdona, ale on dobrze wiedział, że nic mi nie zrobi. Moją utratę cierpliwości można było wyczuć z kilometra.
Z naręczem dresowych spodni i koszulek z długim rękawem wyszłam i zatrzasnęłam za sobą dźwiękoszczelne drzwi. Na dziś miałam już dość.
Znalazłam wolną kabinę na końcu korytarza i namaściłam ją jako swój pokój. Nie było w niej żadnych mebli, więc przyniosłam cztery materace i umościłam posłanie w którym położyłam się w samej bieliźnie. Brudne ubrania rzuciłam w kąt. Muszę je uprać, bo nie wytrzymam w ciuchach pachnących tymi słodkimi perfumami dla kurew.
Słyszałam jak silniki MAC-a pracują. Potężna maszyneria była gotowa do wyruszenia. Tom był zajęty lataniem po okręcie i pilnowaniem żeby wszyscy dzielnie pracowali.
Ku chwale Zeusa- zakpiłam.
Wyruszyliśmy przed północą. Do tej pory zdążyłam zapaść w pięć niespokojnych drzemek, budząc sie tylko by pójść do łazienki lub po picie do kuchni. Ja przynajmniej miałam dostęp do wody w kranie. Gdy odbiliśmy już na tyle daleko, że brzeg znikł z moich oczu załoga zmieniła się, by Ci którzy pracowali mogli odpocząć. Obserwowałam ich w pokoju pełnym ekranów. Wszędzie na statku były kamery. Pracownicy zdawali sobie z tego sprawę. Nikt nie rozmawiał. Każdy z kajdanami między nogami zapierdalał na pełnych obrotach, by lotniskowiec pruł przez fale bez zahamowań. Były tu dwa tysiące dusz pilnujących by Posejdon miał czym "dowodzić". Hades zmienił Toma i chodził między niewolnikami karcąc każdego kto pracował za wolno. Pokład lśnił czystością. Nie było śladu po dawnym syfie, wszystkie wiaderka zostały opróżnione do oczyszczalni, podłogi zmyte, a załoga nakarmiona żarciem dla psów. Tutaj chyba tylko jego kurwy jadły lazanie z zamrażalnika I inne mrożone pyszności. Chciałam wejść do jego kajuty i wziąć sobie coś dobrego ale nie chciałam patrzyć na obrazki które mogę zastać na miejscu.
Wstałam od kokpitu i poszłam przetrzepać kuchnie w poszukiwaniu żarcia. Na takich okrętach na pewno gdzieś są skitrane racje żywieniowe.
Gdy otworzyłam drzwi zastałam Toma robiącego dokładnie to po co tu sama przyszłam.
- Znalazłem suchary- pochwalił się.
- A ja znajde MRE, zakład?
- Jak znajdziesz MRE, to chyba się oświadczę.
Po kilku minutach odkryłam, że blat w masywnym stole na środku kuchni się podnosi. W środku leżały kartony z MRE.
- Dzisiaj kuchnia serwuje dania wojskowe, paćka o smaku makaronu w sosie szpinakowym... mmmmm... delicje.
- Zaniesiemy jeden karton obiektom na dole. Powinny się lepiej odżywiać, inaczej nie mają szans przy eksperymentach.
- Co tym razem testujesz?
- Cerberos w płynie jest super, ale chce uzyskać wejsje w proszku. I potrzebuje słabszej wersji, żeby więcej osób mogło go brać. Nie będą tak idealni jak ty czy ja, ale na pewno w porównaniu ze zwykłym człowiekiem spiszą się na medal. Kobiety lepiej nadają się do badań.
- Chcesz walić kreski z cerberosa.
- Nie do końca o to...
- Kreski. Z. Cerberosa.
- No dobra, to trochę zabawne, w sumie to będzie można walić kreski.
- Wyobraź to sobie "o nie, panie mityczny potworze, proszę poczekać musze walnąć kreche".
- Zróbmy tak- zaśmiał się i z wyraźnie polepszonym humorem zabrał się do pałaszowania.
Jedliśmy rozmoczony makaron i rozmawialiśmy przez kilka godzin. Wspominaliśmy czasy szkolne, Tom opowiadał o badaniach nad którymi pracuje, a ja słuchałam ze spokojem jak opisuje proces, którego owocem jest cerberos. Był naukowcem. Młodym geniuszem, patrzącym tylko na wynik badania, nie na to co trzeba do nich poświęcić. Cerberos miał najpierw być cudownym lekiem na wszystkie dolegliwości. Okazało się jednak, że prywatne organizację są w stanie zapłacić więcej pieniędzy niż te państwowe. Więc badania prowadził już dla Zeusa. On zaś pozwalał na wszystkie rodzaje eksperymentów, a słowo "humanitarne" nie znaczyło dla niego absolutnie nic. Liczył się tylko efekt. Kolega po fachu stworzył dla szefa te obrzydliwe hybrydy które kiedyś były psami. Cerberos działał o niebo lepiej niż zakładali, ale był też o wiele bardziej niebezpieczny. Większość obiektów nie przyswajała specyfiku i kończyli w worku. Uprzednio tylko pobierało się od nich części ciała, które przetrwały i mogłyby się przydać nam w przyszłości. Cerberos przyspieszał regenerację, mógł pomóc w tworzeniu nowej skóry, ale jak ktoś wyrwałby wojownikowi wątrobę, to nie sprawi niestety że ona odrośnie. Tak samo było z moją ręką. Kikut zagoił się niesamowicie szybko, a do pełnej sprawności doszłam po kilku dniach. Moje ciało po prostu przystosowało się do życia bez niej szybciej niż by się mogło wydawać.
- Tom czy uważasz, że jesteśmy dobrymi ludźmi?- zapytałam już niemal zasypiając na blacie w kuchni.
- Ciekawe pytanie. Ty jesteś mordercą, a ja prowadzę nielegalne badania i w sumie też morduje ludzi, ale nie czuje się najgorszym człowiekiem na ziemii. Jak już pewnie wiesz, większość mitów jest prawdziwych, mamy na świecie magiczne istoty, które mordują jak tylko nawinie im się ktoś pod rękę. Naszym zadaniem jest eliminacja ich. Najemnicy z organizacji, którzy są za słabi na cerberosa po prostu są sprzedawani jako żołnierze dla krajów które płacą najwięcej lub dla gangów. Nie jesteśmy dobrymi ludźmi.
- Jeszcze zanim zaczęłam dla was pracować zamordowałam kilkanaście osób.
- Bo dostałaś cerberosa do żarcia. Jakbyś komuś nogę odgryzła też bym się nie zdziwił.
- Ale jesteśmy potworami, kurwa, chyba nie mamy prawa do szczęścia.
- Ja mam zamiar się cieszyć tym co mam. Mam zamiar wypychać łokciami drogę do szczęścia czy to się komuś podoba czy nie.
Czy jeśli będę dalej zabijać, zginie mniej ludzi?
* * * *
Szliśmy spać do mnie, bo Tom nie miał czasu przygotować sobie pokoju. Poza tym chcieliśmy być blisko siebie. Przedziwna relacja powstała między nami. Oboje tak bardzo łakneliśmy ciepła. Zamknęliśmy za sobą drzwi, zza małego okienka na ścianie zaczęły wdzierać się promienie wschodzącego słońca. Tom położył się na materacu i wyciągnął do mnie rękę w zapraszającym geście. Położyłam się obok i wtuliłam głowę w jego ramię. Oboje pomimo usilnych starań cuchneliśmy dzisiejszym dniem. Nie przeszkadzało mi to jednak, bowiem ani ja ani Tom wyjątkowo nie zrobiliśmy nic szczególnie złego.
Leżeliśmy grzejąc się nawzajem. Słuchałam przyspieszonego bicia jego serca, ciekawe czy to sprawa narkotyku, czy też tej sytuacji. Chciałam poczuć dotyk tej pokorowanej skóry. Miałam dwadzieścia jeden lat i nigdy nawet sie nie całowałam. Gość któremu odgryzłam połowę twarzy się nie liczy.
Ściągnęłam mu koszulkę przez głowę, by móc położyć się na nim, nie na ubraniu.
- Tess... - mruknął - zwolnij proszę.
- Przepraszam, nie chciałam Cię do niczego zmuszać, myślałam, że chcesz.
- Chcę, oczywiście, że chce, ale... Zróbmy to razem. To mój pierwszy raz i... kurwa ale się wygłupiłem...
Ujęłam jego twarz w dłonie w wyrazie autentycznego szoku.
- Jak to "to mój pierwszy raz"?
- Nie było okazji, chęci i poza tym jak ostatnio patrzyłem w lustro to nie wpisywałem się w kanon piękna.
- O czym ty w ogóle mówisz. Jak to. Przecież wyglądasz... a zresztą...
Pocałowałam go. W końcu. Jeśli ktoś wejdzie, albo zacznie strzelać, przysięgam, że zabije.
Smakował jak krew. Metalicznie i słono, ale tak... ciepło. Miał szorstką twarz, drapał podczas każdego dotknięcia. Położył dłoń na linii mojej szczęki i gładząc palcami twarz składał coraz to bardziej namiętne pocałunki. Przetoczył się z pleców nade mnie. Dotknelam jego brzucha, czułam jak wstrząsa nim delikatny dreszcz podniecenia, gdy moje palce wodziły od linii spodni do ramion. Obserwowałam co spraw mu najwięcej przyjemności i z satysfakcją nakręcałam go coraz bardziej. Zdjął ze mnie koszulkę niemalże z namaszczeniem. Westchnął cicho podziwiając moje ciało. Pocałował mnie w obojczyk i zaczął palcami bladzić w okolicach mojego rozporka. Byłam pokryta bliznami, umięśniona może nawet troszke zbyt mocno, by uznać mnie za atrakcyjną...
- Jesteś piękna- patrzył na mnie bardzo poważnie. Nie żartował- chciałbym żebyś o tym wiedziała.
Na pewno się zarumieniłam jeszcze bardziej niż przedtem.
- Jesteś naprawdę... osobliwy - wykrztusiłam- i też jesteś piękny.
Patrzyliśmy na siebie przez chwilę w zawieszeniu, oboje na pewno lekko wzruszeni w związku z odkryciem, że ktoś nas uważa za pięknych. Pomimo całego tego szlamu w środku. Morderca i szalony naukowiec.
Ściągnął mi spodnie. Chciałam zrobić to samo dla niego, ale podciągnął mnie na swoje kolana i zamknął usta pocałunkiem. Powoli znikły wszystkie moje ubrania. Na chwilę oderwał się ode mnie i zaczął przeszukiwać swoje spodnie.
- Mam gdzieś... Poczekaj... Tess nie całuj mnie przez chwilę bo nie mogę się skupić.
Wyjął gumkę. Bezpieczeństwo przedewszystkim- pomyślałam rozbawiona.
* * * *
Cyklada kołysała się leciutko, gdy układaliśmy się do spania. Słońce było już wysoko na niebie, gdy zamknęłam oczy i otoczona ramieniem kochanka odpłynęłam w krainę koszmarów.