czwartek, 21 lipca 2022

Reshuffle

    Fale rozbijały się o ściany naszego wielkiego statku. Czułam słony zapach bryzy i słońca, który działał na mnie uspokajająco. Wpatrywałam się w pokaz siły wody walczącej z nami, byśmy nie mogli płynąć tam gdzie chcemy. Generalnie ostatnio dość dużo znaków na niebie i ziemi jasno wskazywało nam, że nie dryfujemy pod ramię z przeznaczeniem. Mnie na przykład już cztery razy usiłowano zabić. Śpię sobie, nie wadze nikomu, aż tu nagle bęc. Ktoś dość nieudolnie uderza mnie rurą w głowę. Przecież to by mnie nie zabiło. To nikogo by nie zabiło... 

     Całe szczęście ja znam skuteczne sposoby dekapitacji człowieka za pomocą mojej nowej, jeszcze cieplutkiej protezy. Nim wyjechałam, Hermes wręczył mi pokrowiec skrywający tą ślicznotkę. Lekka i wytrwała, stworzona specjalnie dla mnie. Ma wysuwane ostrze, które przekroi niemal wszystko. Głowy tych kretynów zawsze nabijałam na pręt umocowany na górnym pokładzie. Pięknie się prezentują zamiast tradycyjnej syrenki. Jeszcze trochę i będą wyglądać jak szaszłyk ze zdrajców. O dziwo nikt z nich nie był niewolnikiem, każdy należał do organizacji, co oczywiście zgłoszę, gdy tylko wrócimy. Pewnie Posejdon ich przysyłał. Sam na razie nie bardzo mógł się ze mną zmierzyć. 

     Karą za niewykonywanie rozkazów Zeusa było przewiercenie biedakowi kolan. Nie ma dostępu do cerberosa więc goi się w normalnym tempie. Mam rozkaz podać mu stosowną dawkę dzień przed wielkim starciem (mecha Tess kontra... kraken?). Posejdon wychodzi z kajuty tylko wieczorem, gdy pcha przed sobą wózek, na którym leżą zwłoki którejś z jego kochanek. Ostatnio miewa paskudne humory. Codziennie zabija jedną z nich. 

    Nie żeby mi było suk szczególnie szkoda, ale mógłby to robić odrobinę czyściej. Na pewno jest co sprzątać, bo leję się z nich jak z kranu. Widziałam już jak wyrzuca ciała do oceanu niczym zepsute zabawki. Cena luksusu, ciekawe czy wiedziały na co się piszą... 

     Ktoś zmierza w moim kierunku...

     - Tata?

     -  Nie... Tess, mamy dwie doby do celu, może byśmy zaczęli się przygotowywać? Triangul to nie jest przeciwnik, którego można zaatakować tak ot.- powiedział dowódca najemników. 

     - Ty nawet ludzi nie potrafisz ogarnąć, a co dopiero wielkiego przypominającego wyspę stwora... przyniosłam wam z rezydencji po jednym M249, macie pełno M24, same dobre literki i cyferki, już nie wspomnę o tym bajecznym ładunku wybuchowym, który mam wsadzić mu do środka, żeby się trochę rozerwał.. 

    - Ale jaki ty masz plan kobieto, ja nie wiem gdzie mam ludzi ustawić! 

    - Chciałabym żebyście dawali z siebie wszystko, każdą łuskę. Ja w tym czasie z Posejdonem popłynę z ładunkiem pod Krakena i zrobimy kabum. 

     - Kabum. 

     - Tak. 

     Widziałam jak się powstrzymuje, żeby mi nie powiedzieć jak bardzo uważa mój plan za wybrakowany. Wiedział, że to ja tu dowodzę, niby Posejdon miał coś do powiedzenia, ale ostateczne kroki podejmuje ja. W zasadzie nie jestem przecież kretynką, miałam plan i był on naprawdę dobrze doprecyzowany. Niemniej mógłby on wywołać małe poruszenie, więc wszystko im powiem już w ostatniej chwili. Potrzebuję chaosu, który zostanie wywołany. 

    Odszedł nie żegnając się oficjalnie. Odnotowałam to w pamiętniczku. 


                                           *     *      *      * 


    Gdy nastała noc ja dalej siedziałam pełniąc samozwańczą funkcje upośledzonego trzeciego oficera. Nie wiem czy widzieliście kiedyś mrok na takim statku, szczególnie dziś, gdy niebo przysłania ogrom chmur.  Nie widać nic poza granicą pokładu, którą wyznaczają dogorywające światełka. Ja jednak czekałam na ten jeden moment. Posejdon wyszedł pchając przed sobą wózek, na którym siedziała zakneblowana kobieta. Ledwo oddychała, przez złamany nos. Krew zaplamiła jej strzępy ubrań, które już bardzo nieśmiało usiłowały ją osłonić. W jej postawie widziałam obojętność owcy prowadzonej na rzeź. Wiedziała co się stanie, wiedziała, że nie może nic zrobić. Ciekawe czy by się uśmiechała wiedząc co się zaraz stanie. 

   Gdy spadała z krawędzi statku nawet nie pisnęła. Wiedziała, że krzyki nie pomogą, ale zrobiłam to ja, dowódca batalionu jednoosobowej armii- Tess. złapałam ją tak, by nie umarła od zderzenia z takiej wysokości z taflą wody. Zadbałam też by nie rozszarpały nas turbiny, a to wszystko, by potem wciągnąć ją spowrotem na pokład. Ściągnęłam jej taśmę z ust gdy już się trochę uspokoiła. Patrzyła na mnie jak na Boga, którym zapewne teraz w jej oczach byłam. 

    - Wiem, wyglądam olśniewająco, a teraz dziękuj. Nie krępuj się. 

    - Czemu mnie uratowałaś, nienawidzisz nas. 

    - Bardzo dziwnie wymawiasz dziękuję. Jesteś mi potrzebna do pewnej czystej roboty, dzięki której świat będzie lepszym miejscem. I nie schlebiajcie sobie jakbyście były wyjątkowe. Wszystkich nienawidzę, może poza Hermesem, jest uroczy i praktyczny.  

     - Dziękuję, ale... co teraz ze mną będzie. Umrę tu bez jego obrony. 

     - No pojebana kobieta. Konkubent bije i zrzuca ze statku na pożarcie rekinom, ale przynajmniej kupi kwiaty, co? Ja Cię ochronię, będziesz mieszkać w kajucie do której nikt nie ma wstępu, bo tylko ja mam do niej klucz i ustawiam przed nią zwłoki szczurów, które łapie. 

    - Fuj... Jest jeszcze jakaś kochanka Posejdona tam? 

    - Nie, wszystkie do tej pory miały połamane kończyny, więc by mi się nie przydały. Ty masz tylko przestawiony ryj, to nie przeszkadza w zadaniu. 

     - Chyba każda następna będzie w dobrym stanie. Wiemy, że nas zabije więc już nie stawiamy oporu bo to nie ma sensu. używamy luksusów póki możemy... 

    Uśmiechnęłam się i pomyślałam o tym, że teraz ja sobie zbuduje harem, ale wyszkolę je w jeden księżyc i sprawie, że będą naprawdę pożyteczne. Samym ładnym wyglądem nie zapracują na suszone owocki z mojej walizki. Po cichutku przetransportowałam zacną damę do jej komnaty, w której spędzi rejs (hehe).  Potem zamknęłam ją od zewnątrz i ustawiłam kupkę zasuszonych trupków pod samymi drzwiami. Idealnie. Teraz może się czuć jak księżniczka w zamku pilnowanym przez smoka. Ma tam nawet kibelek, a jak na standardy tego statku- to już luksusy. 

    Wracając do kajuty klasycznie zabiłam jakiegoś najemnika, który usiłował mnie zabić, nadziałam jego głowę na pręt razem z resztą kolegów, umyłam zęby i położyłam się w łóżku ignorując zapach materacy. 


                                            ***** ***


   Kolejny wspaniały dzień rozpoczęłam od odwiedzenia mojej księżniczki w zamku, nastawiłam jej nos, uzupełniłam zapas wody, dałam trochę jeść i zostawiłam uniform, w którym wyglądała jak nikt. Idealnie. Czułam się jakbym miała zwierzątko. Taka świnka morska, ale robiąca do kibelka więc nie trzeba sprzątać. Zrobiłam jej krótki wykład na temat skradania się. Jest to jedna z pierwszych lekcji, której nauczyłam się w akademii zabójców chujwiegdzie imienia Zeusa. Potem trochę poćwiczyłyśmy, żeby nabrała wprawy i zostawiłam jej instrukcje czynności, które ma ćwiczyć już samodzielnie przez cały dzień. Wieczorem pewnie dostanie nawet koleżankę do towarzystwa (czy muszę rejestrować hodowle?) i razem będą zgłębiać tajniki Nie Chodzenia Jak Słoń W Składzie Porcelany. Genialnie. Potem pokręciłam się po statku, zeszłam nawet do ładowni żeby pomachać łopatą. Niewolnicy mnie uwielbiali. Wyręczałam ich przez kilka godzin w najcięższych zadaniach, bo chciałam sobie poćwiczyć żeby mieć piękne napakowane ciało, o powabie podobnym do Ronniego Colemana. Poza tym zawsze przynosiłam troche suszonego mięsa dla moich zmienników. Ależ mieli miny gdy im coś przynosiłam. Słońca od roku nie widzieli, a co dopiero posiłku lepszego niż karma dla psów. Choć osobiście uważam, że puszki z mokrym żarciem dla psów są stygmatyzowane, widzieliście jakie mają makro? 

    Potem zjadłam obiadokolacje i udałam się na górny pokład by już do wieczora leżeć tam i się opalać. Jednocześnie unikałam dowódcy najemników, który już srogo panikował i mogłam wypatrywać następnej księżniczki do przechwycenia. Czy już wszystkieeee maaaasz, księżniczki! 

     Posejdon długo się nie wyczołgiwał ze swojej nory. Dziś wyglądał jak szaleniec, cały uwalony w kokainie, ręce mu drżały gdy wlókł przed sobą wózek z kolejną przeterminowaną kochanką. Ta wyglądała jakby miała totalnie wyjebane. Goła, nawet nie zakneblowana, noga na nogę zarzucona- no Bijons na wózku inwalidzkim. Brakowało mi tylko żeby go popędzała, a przysięgam zaśmiałabym się szczerze po raz pierwszy od baaaardzo dawna. Na krawędzi statku sama wstała z wózka i skoczyła w czerń okalającą pokład. Oczywiście powtórzyłam schemat z poprzedniego dnia i wytłumaczyłam jej wszystko bardzo szybko, bo było mi mokro i zimno. Wczoraj na 100% była cieplejsza woda. Jak zwykle było, łał, ale jak to, czemu i po co, łaaał, dziękuję Ci o wielka i wspaniała Tess, masz takie piękne bicepsy... Skromnie ją powstrzymałam i zaniosłam do kajuty by mogła złączyć się w uścisku pełnym przyjaźni wraz ze swoją przyjaciółką. Tak było. 

     - Jezu ale cuchniesz. 

     - A ty masz koszmarny ryj połamana kurwo.

    - Nie jestem kurwą tylko damą do towarzystwa!

    - On nam nawet nie płacił durna szmato... 

     Nie mogę tego dłużej słuchać, takie połączenia mnie wzruszają. Jutro wielki dzień, zostawiłam więc te dwie damy i powtórzyłam wczorajszy wieczorny schemat. Jutro się zatrzymamy i będziemy polować na wielkie mackowe gówno. 


                         ***** *** * ************


    W połowie nocy lotniskowiec się zatrzymał.

    Obudziło mnie walenie w drzwi i krzyki. Dowódca najemników organizacji przejął dowodzenie nad okrętem i jak prawdziwy przerażony kurczak kazał zatrzymać misje. A teraz pod moimi drzwiami roiło się od jego chłopaczków i dziewojek. Wszyscy coś tam krzyczeli, że mam wyłazić, bo dowódca wzywa, blablabla. 

     Umyłam twarz by się rozbudzić, nienawidzę jak mnie tak bezceremonialnie wyciągają z wyra na jakieś bunty. Ubrałam jeden z kombinezonów z kewlarowymi wstawkami, dopasowany do mojej ułomności. Założyłam kask motocyklowy z klapą która pozwalała widzieć w ciemności i połączyłam się z wabikiem, który mógłby mi się teraz przydać. Wezwałam mojego małego pomocnika jednym prostym kliknięciem i przygotowałam się do wyjścia z kajuty. Dwa pistolety są, katana jest, shotgun Kel-Tec KSG jest, możemy iść.

     Otworzyłam drzwi tak jak lubię najbardziej- z buta. Efektownym wyjściem powaliłam dwóch panów i jeszcze zgrabnym machnięciem kataną raniłam pięciu debili kłębiących się pod moją kajutą. Przebijałam się jak najszybciej na górny pokład. Cięłam po nogach i jak dobra gimnastyczka robiłam uniki. Dookoła panował chaos, w półmroku poruszałam się sprawniej i skuteczniej niż ta banda karków. Ciekawostka- Ci, którzy nie potrafili ukończyć akademii na swoich eksperckich poziomach zostawali właśnie takimi karkami. Byli zbyt durni by organizacja wynajmowała ich na zewnątrz. Nadawali się tylko do bezmyślnego pilnowania obiektów- taka ochrona w sklepie tylko bez karty inwalidzkiej i z lepszą bronią. Nie każdy seryjny morderca i psychopata to geniusz, trzeba się z tym pogodzić. 

    Ale dobra my tu gadu gadu, a ja już jestem na górnym pokładzie! 

    Strzelałam w stopy najemnikom usiłującym mnie złapać. Widziałam dowódcę najemników, darł ryja i wymachiwał łapami, jakby ustawianie w odpowiedni sposób tych pionków miało zmienić jakkolwiek ich sytuację. Spojrzałam na niego gdy dobiegłam do relingu. On też się na mnie patrzył, ale z autentycznym strachem na twarzy. Wolał mieć w garści osobę, która wie gdzie są wszystkie zaawansowane zabawki od Zeusa. 

     Pokazałam mu dwa faki i zeskoczyłam z lotniskowca prosto w paszczę ciemności. 

      Przynajmniej tak to wyglądało z jego perspektywy. 

     Skoczyłam w idealnym momencie. Wiedziałam, że mój pieszczoszek już na mnie czeka. Ześliznęłam się po szyi Hydry i rozsiadłam się wygodnie na jej plecakach. To naprawdę super, że organizacji udało się ją schwytać żywcem i zniewolić za pomocą czegoś, co najbardziej przeraża plackoziemcow- nowoczesnej technologii, przejmującej kontrolę nad umysłem jeńca. Hydra właściwie jest już tylko powłoką, która słucha moich rozkazów. Kto ma kask ten ma władzę nad potworem o 23 głowach. 

    Moja pomocnica wpełzła na pokład statku bez żadnego problemu. Zmiażdżyła kilku najemników po drodze, ale to ofiary... na które byłam gotowa. Nazwijmy ją jakoś żebym się ciągle nie powtarzała z tą diaboliczną nazwą.

     Lodzia wydarła kilka pysków na raz i wszyscy na lotniskowcu zamilkli. 

     - Dziękuję Lodziu. Ludu Cyklady, zebraliśmy się tutaj, by pokonać Krakena. Nie po to byście panikowali i wszczynali bunty, bo Wasz dowódca jest totalnym młotem i nie potrafi wykonywać moich prostych rozkazów. Przez to, że się tak brzydko zachowali się musiałam wezwać Lodzie przed czasem, a to oznacza że będzie chciało jej się jeść. Przynieście na pokład wszystkich, którzy polegli za nic. Społeczeństwo i tak nie będzie za nimi płakać. 

      Teatralnie zeskoczyłam z jej grzbietu i pewnym krokiem podeszłam do dowódcy Najemników. Wymierzyłam mu prosto w klatę i pociągnęłam za spust. 

     - Kto nie miał ani jednego minusa na zajęciach u Hadesa?- jakiś wyglądający jak szczur typek podniósł rękę - najszybszy awans w twoim życiu. Zorganizuj żarcie dla Hydry i wznów pracę tej wielkiej łajby. Pilnujcie Posejdona, żeby nie nawiał na końcówce i macie się zatrzymać dopiero na dwie godziny przed terenem trójkąta bermudzkiego. 

    - Tak jest.

    - Bądź grzeczny, to szepne dobre słowo Zeusowi i zostaniesz na tym stanowisku o wiele dłużej. Wybierz jeszcze z oddziału ludzi którzy nadają się do stresującej pracy. Miałeś same plusiki u pana od obserwacji to dasz radę. 

    - Tak jest. 

     Jezu jak dobrze słyszeć w końcu takie proste słowa, bez żadnego podważania moich kompetencji. To naprawdę bardzo świeże podejście. Między zaufaniem do mnie, a strachem jest pewnie bardzo cieniutka linia, ale naprawdę warto. Dzieciak na pewno wróci do domu cały i zdrowy przy takiej dozie rozsądku. 

     Zeszłam do pokoju w którym zostawiłam moje panienki do towarzystwa, dałam im znać co tu się działo żeby się uspokoiły. Ułożyłam kupkę szczurów spowrotem i udałam się na zasłużony spoczynek do własnej kajuty. 

   Rozebrałam się, schowałam pod kołderkę i zasnęłam. 

    Śniłam o dawnej Tess. Patrzyłam na nią z czułością. Gdyby nie odporność na jakiś wymyślny narkotyk i wielka dawka farta byłabym dalej taka jak ona. Ciężko bym pracowała i nic z tego nie miała. Życie dla mnie to teraz zabawa, mogę skakać z dużych wysokości, bić się z kim chce, łamać kości palcami bez żadnego oporu i kierować się instynktami. Normalni ludzie nie do końca powinni tak robić. Na pewno fajnie by się bawili, ale ta część gdzie ratuje Cię fart kiedyś się kończy. Przeważnie jeśli nie jesteś potworem naszpikowanym jakimiś mutagenami ciężko przeżyć spotkanie z przeznaczeniem. 


                               *.    *.     *.     *.    *.   


    Po zatrzymaniu Cyklady o poranku wyselekcjonowałam 20 najemników spośród przyprowadzonej na górny pokład grupy. Idealnie się nadawali, każdy z nich dostał sprzęt do nurkowania i pasy by przypiąć się do głowy Hydry. Dostali też po jednym APS. Poinstruowałam ich jak się zamocować na głowie potwora i kazałam przećwiczyć manewrowanie w tych niewygodnych pozycjach. To mój oddział samobójców. Mam ochotę im namalować czerwone kropki na środku czoła, ale wtedy mogą nabrać podejrzeń. Lodzia po wcześniejszej przekąsce była bardzo spokojna. Mając kask na głowie wydałam jej kilka rozkazów, żeby się nie stresowała tym zamieszaniem dookoła. Grzecznie pozwalała manipulować pasami przy swoich obleśnych pyskach i nie protestowała, gdy jeden z najemników przez przypadek pacnął ją w oko butem. Byliśmy gotowi. Teraz wystarczy wytłumaczyć Posejdonowi, że mój plan zakłada rzucanie nim. Powinno pójść wyśmienicie. 

     - Nie ma opcji wariatko...

     - Każdy ma swoją misję jaśnie Posejdonie. 

     - Ale ten pomysł jest durny. Widziałaś kiedyś Krakena? 

     - Tak, widziałam twoje nagrania, dlatego mój plan zakłada wykorzystanie jego słabości na naszą korzyść. Mamy Hydrę do pomocy, zwierzaka, który nie chciał się słuchać Ciebie, ale najwyraźniej mój nie wyżarty przez kokainę mózg jej bardziej odpowiada. 

    - On ma zęby. 

    - Owszem, dlatego będziemy mieli coś co nam pomoże. 

    - Niby co przebije zęby Krakena? 

    - Siła pierdolnięcie nami przez Hydrę. Poczekamy na odpowiedni moment, moi ludzie będą nas osłaniać z dołu, potem mają też nas zgarnąć. Na statku będą nawalać z ciężkich dział, będzie dobrze. 

     - Jakby to miało być takie łatwe, to już dawno bym to zrobił sam. Bez twojej... pomocy... 

     - Czemu nikt mnie nie docenia? Uwierz, miałam lekcje Biologii całkiem niedawno, ty pewnie z 20 lat temu, dlatego nie pamiętasz pewnych ważnych rzeczy o anatomii ośmiornic. Bo Kraken to tylko przerośnięta wkurwiona ośmiornica. Ostatnio sporo o nich czytałam i w przeciwieństwie do ciebie wiem coś, co działa na naszą korzyść. 

    - Zginiemy - powiedział poważnie i zatrzasną mi drzwi przed nosem. 

    To urocze... myśli, że ma jakikolwiek wybór. 

    Wierzyłam jednak, że przygotuje się jak trzeba, założy odpowiednie ubranka i będzie wspaniałą kulą armatnią. 

     Sama musiałam się ładnie ubrać. Żadnych zbroi z kewlarem! Czas na kostium kąpielowy zasłaniający mnie od kostek po szyję. Nałożyłam też ochraniacze na kolana i łokcie, bo to zdecydowanie się przyda i takie śmieszne butki które wyglądały jak skarpetki rozdzielające palce. Miały mega powierzchnię antypoślizgową, musiałam bardzo ostrożnie w nich chodzić po statku, bo chwila nieuwagi i wyrżnęłabym się jak długa. Zaszłam do Kajuty Posejdona i odkryłam, że jego ubranie na misję to koszula w kwiatki, biała podkoszuleczka i szorty plażowe. Klapki... Kretyn założył klapki. 

     - Wyjebiesz się w tych klapkach. 

     - Ten klapek utknął kiedyś w pewnej bardzo...

     - Nie, błagam, wujku, nie kończ tej historii. 

     - Żałuj, jest bardzo barwna. 

     - Mam dla ciebie Cerberosa. Taka konkretną dawkę. Powiem Ci jedno, teraz naprawdę mam działko w protezie więc nie fikaj. Wtedy mnie zaskoczyłeś, teraz jestem po podwójnej maksymalnej dawce dobowej. Nie wkurwiaj mnie i słuchaj rozkazów, bo od tego zależy powodzenie misji. 

     - Ile razy dowodziłaś? 

     - Mam nie liczyć ćwiczeń w akademii zabójców? Ani razu. To będzie zajebisty debiut. 

     Posejdon uśmiechnął się jak dumny wuja i włożył sobie do gęby cygaro. Śmiał się ze mnie całą drogę na górny pokład. Założyłam kask motocyklowy, tym razem wodoodporną wersję połączona z małą butlą tlenowa, która starczy tylko na 2 minuty. Większa by mi tylko przeszkadzała. Mój towarzysz potrafił wytrzymać pod wodą bez oddechu przez 10 minut, nie potrzebował takich bajerów. Ciekawe czy jak wejdzie do wody to zmieni się w syrenkę? 

    Powiedziałam dowódcy gdzie są ich działka, gdzie ma je rozstawić i jak ma dowodzić ostrzałem. Gdy wpłyniemy do trójkąta, nie będzie szans na dokładniejsze porozumienie się. Ja będę na dole, przymocowana do łba wielkiego potwora. Miejsca na kolejne radyjko brak, a szczerze powiedziawszy nawet nie miałam ochoty dowodzić dwoma uderzeniami na raz. Dadzą sobie radę i tak od nich zależy bardzo niewiele. 

      Pomogłam Posejdonowi się zamocować i zrobiłam to samo z moim pasem. Teraz jesteśmy zdani na Lodzie. Wydałam jej rozkaz zejścia z pokładu więc powoli i w miarę delikatnie rozwinęła ogon i udało jej się nie zanurzyć łbów z nami wszystkimi w wodzie. Płynęliśmy szybciej niż Cyklada, która w porównaniu z mitycznym wężem wodnym była jak wielką niezdarna krowa w basenie. 

   Po dwóch godzinach wpłynęliśmy w strefę, gdzie woda miała inny kolor. Powietrze było ciężkie i śmierdziało stęchlizną. Wystrzeliłam flarę żeby Cyklada się zatrzymała. Z tej odległości spełnia swoją misję. 

    Zresztą Kraken pewnie już wie, że tu jesteśmy. 


czwartek, 17 lutego 2022

Scourer

    Obudziłam się z silnym poczuciem, że coś jest nie tak. Nie dość, że w nocy męczyły mnie koszmary, to wstałam z okropnym bólem rozrywającym moje żebra. Każdy wdech palił żywym ogniem, kości jęczały pod skórą z bólu, a to wszystko dlatego, że Tom postanowił trzymać na mnie swoją rękę. 

    Zrzuciłam ją wkurzona i wygrzebałam się z gniazda prześcieradeł i kocy, które się dookoła nas utworzyło. Byłam niewytłumaczalnie wściekła na samą siebie. Wygrzebałam z gratów Toma cerberosa w "epipenie" i rozpoczęłam dzień od czegoś miłego. Strzału z jedynej substancji, która nigdy nie zawodzi. Poczułam jak pali moje żyły, co w zasadzie po takim czasie zaczęło już być całkiem przyjemnym doświadczeniem. Czułam, że żyje. 

    Ja przynajmniej mogłam spać na miękkim materacu. 

     Wyszłam z pokoju zostawiając chodzącą fantazję Beksińskiego za mną. W bokserkach i topie wyszłam na górny pokład, mijając w milczeniu niewolników o pustych twarzach. Nie byli zadowoleni z harówki jaką ich tu obciążano, ale przynajmniej było co jeść. U mnie w mieście często mijałam slumsy w drodze do pracy. Dzieci o opuchnietych brzuchach nie biegały hihocząc i ganiając się nawzajem jak to bywa w normalnych dzielnicach. Leżały lub siedziały pod ścianami zamków z kartonu i czekały na śmierć. Produkty braku zabezpieczeń, o które nikt nie miał zamiaru się martwić. Gdybym rzuciła im pod nogi puszkę z jedzeniem dla psów pozabijałyby się nawzajem o jej zawartość. 

     Ale wróćmy sobie razem do rzeczywistości, która ma miejsce tu i teraz. Oto ja, Tess morderca bez serca, przemierzam górny pokład, zdzierając sobie spód stóp o nawierzchnie wyłożoną specjalnie do lądowania dla podniebnych machin. Cały czas, czuje na sobie spojrzenia najemników stojących z bronią. Pilnują porządku na pokładzie i Posejdona, żeby nie wskoczył do wody. Najwyraźniej jednak moja osoba była bardziej interesująca. 

     - Mała, schowaj się bo jak pokład majtnie to spadniesz. 

     Cóż za troska. 

    Nie wiedzą chyba kim jestem. 

    Podeszłam do niego i wyrwałam mu karabin z ręki. Próbował się ze mną szarpać, ale to tak, jakby mały piesek szczekał na aligatora. Chciałam wygiąć broń o kolano i oddać mu precelka, ale przypomniałam sobie, że nie mam drugiej ręki, więc takie popisówki zostawię dla w pełni sprawnych fizycznie wariatów na cerberosie. 

     - Nawet inwalida jest w stanie Cię rozbroić - zakpiłam - więc nie odzywaj się, udawaj, że Cie tu nie ma i reaguj tylko na niebezpieczeństwo. Czy to jasne?

    - Tak.

    - A teraz aport. 

     Rzuciłam karabin na drugą stronę statku i nawet nie patrzyłam czy przypadkiem nie wpadł do wody. Po prostu szłam dalej. Przed siebie. Reszta drogi upłynęła mi spokojnie, nikt już nie odważył się zaczepiać kikuta, który jedną ręką obezwładnia jednego z nich. 

    Ale wróćmy do naszej relacji. Dawno nie rozmawialiśmy. Co tam u Was? Ja mam sie świetnie. Właśnie mierze się twarzą w twarz z moimi lękami. 

     Stanęłam na niskim relingu krawędzi statku. Spojrzałam w dół na wodę młuconą przez turbiny i czułam bezkresne obrzydzenie na myśl jak zimna musi ona być. Jak wiele paskudnych stworów skrywa. Zamknęłam oczy i pomyślałam o tym, że ból jest chwilowy, a chwała wieczna. 

    Skoczyłam jak najdalej od statku i turbin. 

    Woda przywitała mnie jak inflacja Wenezuelę. Totalnie bez czułości. Wciągnęła mnie pod powierzchnię i  trzymała mocno w szponach chłodu. Przypomniałam sobie tylko, że trzeba płynąć tam, gdzie bombelki powietrza. To naprawdę wspaniała rada. Genialna. Tylko weź tu oczy otwórz w tak cholernie słonej wodzie... Przestałam się ruszać i pozwoliłam by prąd niósł mnie tam, gdzie tylko miał ochotę. Jeszcze zostało mi trochę tlenu, mogę podryfować. Nieprzyjemne kłucie chłodu na całym moim ciele wstrząsało mną, na zmianę z torsjami wywoływanymi strachem. Brzydziłam się wody i samej siebie za to, że miałam jakikolwiek lęk. 

     Dlatego tu wskoczyłam. 

     A teraz dawać mi tu rekina albo inną flądre, muszę ugryźć coś morskiego i można odhaczyć następną fobie. 

     Poczułam na plecach wiatr, niczym ludzka bojka wypłynęłam na powierzchnię dzięki moim wspaniałym płucom napakowanym pęcherzykami powietrza. Wynurzyłam głowę i zaczerpnęłam tlenu. Przetarłam twarz z ociekającej wody i spojrzałam na tyłek wielkiego statku, odpływający daleeeeko ode mnie. Pomachałam ludziom tłoczącym się na krawędzi pasa startowego. Widziałam jak ktoś skacze do wody z kołem ratunkowym. Nie miałam jednak nastroju na konfrontacje więc zaczęłam płynąć połowiczną żabką naokoło "zbawcy". Coraz bardziej podobało mi się w morzu. Kiedyś świetnie pływałam, ale w basenie, w którym czułam się bezpiecznie. Tutaj trzeba było jeszcze uważać na fale. No i brakuje mi ręki. Naprawdę fajnie byłoby się nie przechylać na jedną stronę. 

    Zauważyłam, że przestały pracować turbiny lotniskowca. Ktoś się naprawdę musiał przejąć tym, że jak rasowy samobójca skoczyłam w paszcze żywiołu i zniknęłam na trochę pod jego taflą. Bardzo ułatwiło mi to moje upośledzone młócenie wody, bo fale przestały rozbryzgiwać się na mej cudnej twarzy. Myślałam o tym, co zrobiłam o poranku kilka godzin wcześniej. Niczym głupia gęś poleciałam do łóżka z pierwszym facetem który okazał mi cień zainteresowania. Ba, z szalonym naukowcem, który eksperymentuje na ludziach. Ja jestem skurwielem-mordercą, ale on to zupełnie inny level.  Ja się pytam czy to jest mi koniecznej do szczęścia. Czy w ogóle go potrzebuje. Nie zrozumcie mnie źle, seks jest naprawdę spoko, ale próbowaliście być kiedyś takimi zimnymi singlami bez uczuć, którzy zabijają dziwne stwory/ludzi na zlecenie i nie przejmują się niczym- tylko beztrosko sarkastycznie wszystkich obrażają i wydają chajs na fancy protezy? Czy ktoś może się z tym choć troszkę utożsamić i udzielić mi jakiejś porady koleżeńskiej?

    - TESS DO JASNEJ CHOLERY ZATRZYMAJ SIE!

    Kurwa, dogonił mnie. 

    Niczym delfin z padaczką- przyspieszyłam.

    - TESS DO CIEBIE MÓWIE, STÓJ! 

    Złapał mnie za kostkę i trzymał mocno, jak starszy pan stołka w pracy. Spodziewałam się naprawdę wielu zwrotów akcji, ale niekoniecznie podtopienia, zamiast ratowania. Woda wlała się do moich ust sprawiając, że absolutnie nie miałam możliwości oddychania. Fantastyczny ratownik. Gdy tylko miałam okazję kopnęłam go z całej siły w klatkę piersiową. Oczywiście w wodzie nie da się komuś zrobić poważnej krzywdy kopnięciem, ale pozwoliło mi to nabrać dystansu. Zanurkowałam i niczym mała syrenka płynęłam w stronę lotniskowca. 

     Niestety dość szybko nieznany wybawca znów mnie dorwał. Szarpnięciem wyciągnął mnie na powierzchnię i robiąc bardzo zgrabne uniki złapał mnie za kark niczym małego kociaka. Zacisnął rękę tak mocno, że usłyszałam w środku jakieś chrupnięcie. Nie mogłam się ruszyć. 

     - A teraz się uspokoisz- powiedział wyraźnie zmęczony całą tą sytuacją- obrócę Cię i nie myśl nawet o tym by mnie uderzyć. 

      Akłamenem okazał się być nie kto inny jak Hades. Jedna z niewielu osób zbliżonych do mojego poziomu zajebistości. 

     - Cześć chuju.

     Wsadził moją głowę pod wodę. Po minucie zaczęłam się dusić, ale nie mogłam nawet drgnąć. Wyciągnął mnie gdy zaczęłam już myśleć, że umrę. 

      Wyrzygałam z siebie naprawdę sporo wody. Ostatkami sił wychrypiałam-

    - Witaj o męskie przyrodze...

    Znów wsadził mnie pod wodę. Jest naprawdę beznadziejny w ratowaniu życia. Totalnie nie nadaje się na członka słonecznego patrolu. 

     Gdy za drugim razem rzygałam wodą miałam już mniej poczucia humoru. Generalnie nie lubię jak ktoś usiłuje mnie zamordować za nazywanie go po imieniu. 

     - Czy skończyłaś już się wygłupiać, próbując zmyć z siebie obrzydzenie do swej karygodnej postawy?- warknął na mnie jakbym mu matkę czerstwą bułką zatłukła. 

     - Generalnie urządzam sobie sesje terapeutyczną, podczas której staje twarzą w wodę ze swoimi lękami. 

      - Za pięć godzin będziemy u celu, a przez ciebie musieliśmy wyłączyć turbiny. Marnujemy cenną energię, bo tobie zachciało się jednak popływać. 

     - Tak. 

     - Jesteś kurwa niemożliwa. 

     Uśmiechnęłam się słysząc tak wspaniałą obelgę. 

      Hades spojrzał na mnie z klasyczną mieszanką obrzydzenia i pogardy. Widziałam jak walczy ze sobą- utopić ją czy nie- myślał. Wybrał jednak łaskę. Przywiązał mnie do koła ratunkowego i pociągnął w stronę statku. Powoli wchodził po drabince, którą dla niego zrzucili trzymając mnie dalej jak sardynkę na lince. Rzucił mną o pokład i wkurzony poszedł do swojej kajuty zmienić przemoczone ubranie. O dziwo nikt nie komentował sytuacji. Wyswobodziłam się z pęt i siedziałam oddychając ciężko. Wnętrze paliła sól, którą mimowolnie zażarłam. Byłam absolutnie rozwścieczona i załamana. 

    A miałam tylko trochę popływać i uderzyć jakiegoś rekina. Do dupy z taką terapią. 

    Wszyscy wrócili do swoich zadań. Słyszałam jak Hades drze ryj na niewolników, którzy ponownie musieli uruchomić turbiny. Lotniskowiec po jakimś czasie znów pruł przed siebie. Ja siedziałam w środku koła ratunkowego i patrzyłam tępo w horyzont, na którym kreował się zaczątek lądu.  

                                ***** ***

    Gdy dopłynęliśmy na miejsce, w którym ten moloch mógł spokojnie zacumować zapanowało niezłe poruszenie. Każdy tylko latał w te i nazad niosąc paczki, które miały zejść na ląd. Jeden z najemników naszej organizacji prowadził zakute w kajdany kobiety z podziemnych lochów. Pojedynczo wkładali je do łodzi transportowych i przypinali je, żeby przypadkiem nie uciekły. Jeszcze nie wiedzą co je czeka, po co miałyby skakać do wody... 

    Hades uwijał się jak mrówka. Był w swoim żywiole- mógł wydawać polecenia, krzyczeć i udawać, że panuje nad sytuacją. Pewnie będzie płakał w poduszkę ze szczęścia wspominając ten dzień. Ja zaś po prostu siedziałam w kole. Od kilku godzin nie zmieniłam nawet pozycji. Mucha spacerowała leniwie po moim czole wyjadając prawdopodobnie jakieś morskie syfy. 

     - Tess... - Tom szepnął mi do ucha- musisz się zbierać, wracamy na bazę. 

     Wzdrgnęłam się zaskoczona jego obecnością. Wstałam machinalnie i wskoczyłam znów do wody, celując w punkt obok szalupy, którą już spuścili na dół. Nie mam zamiaru na razie stawać twarzą w twarz z moim błędem. Podpłynęłam do pokładu i wdrapałam się, witając zaskoczoną załogę. 

      - Ja tylko do brzegu z Wami podpłyne i już mnie nie ma. 

      - Ale...

     - Jak ktoś się nie zgadza to zawsze mogę go zabić i wyrzucić za burtę. - wszyscy zamilkli i patrzyli na mnie z przerażeniem- Ja moje drogie psy chodzę gdzie chce. Chyba, że Zeus zabroni, ale nie ma go teraz z nami. Więc... wiosłować, jakby od tego zależało wasze życie. 

      Jakiś niewolnik włączył silnik zamontowany na szalupie i pokierował nas do brzegu. Szczerze to liczyłam na dramatycznie wiosłowanie w rytm bębna, ale widzę że technologia obdziera ludzi z wyobraźni i polotu. 

     Tom oczywiście krzyczał coś za mną, ale słyszałam go jak przez mgłę. Po odpłynięciu dostatecznie daleko jego głos nawet już do mnie nie docierał. Mam nadzieję, że tak pozostanie na wystarczająco długo. 

      Na brzegu wyszłam z szalupy i skierowałam kroki od razu do rezydencji, unikając dźwigania bagaży i zaganiania niewolników. Jestem tylko biednym małym kikutem, nie mogę się przemęczać. Na wejściu głównym powitał mnie Hermes, któremu pogłaskałam czubek głowy szepcząc "grzeczna dzidzia". Nie wyglądał na zachwyconego. Minęłam pokój z rekinami, hol z obrazami i weszłam przez masywne drzwi do gabinetu Zeusa. Od razu zauważyłam, że gówniarz siedzi za biurkiem i popija kakao z piankami. 

     - Co Cię sprowadza Tess - zapytał z wyraźną irytacją w głosie. 

     - Biznes. Nie mam ręki, potrzebuje więc jakiejś zajebistej protezy, najlepiej takiej, która jest jednocześnie bronią. W zamian popłynę z Posejdonem na misje, którą mu powierzyłeś. 

     - Posejdon ma zabić Krakena. 

     Wielkie oceaniczne oślizgłe gówno. 

    - Wspaniale. To brzmi jak misja dla mnie. 

    Patrzył na mnie małymi ślepkami z zaciekawieniem. Nie mógł pojąć co mnie skłoniło do wolontariatu. Widziałam jednak, że jest mu to na rękę. Najwierniejszy pies- Hades- zostanie w Bazie, a ja, czyli chodząca niekompetencja i kłopoty- zniknę na trochę z jego oczu.

     - Możesz się spakować. Szczegóły misji przekaże Ci Hermes. Czekaj w swoim pokoju na oddelegowanie. Ruszacie za kilka godzin ja musze w tym czasie ukarać Posejdona za jego ostatnie wybryki. Może potem powie Ci, co spotyka tych, którzy są nieposłuszni. 

     Pociągnął długi łyk z kubeczka i machnął na mnie ręką w geście powszechnie uznanym za wyganiający. Ukłoniłam się posłusznie i wyszłam cichutko zamykając za sobą drzwi. Na zewnątrz czekał na mnie jednak Tom. Równie ociekający wodą co ja. 

     - Czy możemy porozmawiać? - spytał.

    Nawet nie ma takiej opcji. Minęłam go i pobiegłam w kierunku swojego pokoju. 

     - Tess! - krzyknął za mną- Czy ja zrobiłem coś źle?! 

     Niemalże stałeś się moim zmartwieniem- pomyślałam- to bardzo źle. 

     Biegłam najszybciej jak tylko mogłam. Niestety nie dość szybko, bo Tom najwyraźniej zgarniał same plusy z wf-u. Złapał mnie za ramię i obrócił tak, że nie miałam innego wyjścia niż spojrzeć mu w twarz. Zamknęłam więc oczy. Nikt mnie kurwa nie zmusi do patrzenia na siebie jeśli nie mam na to ochoty (chyba, że Zeus). 

     - Porozmawiaj ze mną. 

     - Po sygnale, nagraj wiadomość. 

     - Tess... Ja też jestem trochę rozkojarzony nową sytuacją, ale... 

     - Ja nie jestem rozkojarzona. Ja Cię unikam celowo. - zabolało go to. Czułam jak zaciska rękę mocniej na moim ramieniu- a robię to, bo absolutnie nie mam zamiaru się o ciebie martwić, nie chce żadnego związku, nie chce czuć czegokolwiek do kogokolwiek. 

     - Przecież Cię o to nie proszę! 

      - A ja nie proszę Cie o ściganie mnie i zmuszanie do rozmowy. Puść mnie. 

      - Nie. 

     Otworzyłam oczy. Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się tak, jak powinnam to robić cały czas. Jak drapieżca. Wiedziałam, że nie mam szans, jeśli chodzi o szybkość. Tom był zwinny i o wiele wydolniejszy niż ja. 

     Ale ja byłam silniejsza. 

     Wbiłam mu pięść pod żebra, wyciskając z niego całe powietrze. Nawet się nie bronił, po prostu poleciał na przeciwległą ścianę niczym bezwładna lalka. Osunął się na podłogę i spluną krwią. 

     - Daj mi spokój- powiedziałam cicho- zapomnij o tym co sie stało, bo była to najgłupsza rzecz, jaką w życiu zrobiliśmy. Nie będę drżeć za każdym razem jak pojedziesz na misje. Nie chcę żebyś się o mnie martwił, nie chce twojej litości, troski ani uczuć, którymi zaczynaliśmy się darzyć.  

     Nic nie mówił. Po prostu patrzył na mnie z szeroko otoczonymi oczami, lśniącymi czernią. 

    Nachyliłam się nad nim i wyszeptałam-

    - Nie istnieje dla ciebie. Jasne?

     Nie czekając na odpowiedź odeszłam. Zakończyłam ten bezsensowny, nikomu nie potrzebny romans. Na miłość nawet nie chciałam mieć miejsca w sercu. Ona sprawia, że zaczynasz myśleć o swoich czynach, o przyszłości. Nie jestem dobrym człowiekiem i nigdy nim nie będę. To uczucie sprawiało tylko, że ciągle myślałam nad tym co robię. Miłość jest dla Tess sprzed masakry w banku. Ona na nią zasługiwała, potrzebowała jej tak bardzo... teraźniejsza Tess- nie koniecznie. 

  

                                                                   *    *     *    *    *    * 

    Spakowałam się. W czarnej torbie czekał na podróż niezbędnik małego mordercy. Ubrania na wszelkie możliwe okazje, broń, jedzenie suszone, bo karma dla psów i MRE nie przemawia do mnie tak, jak wór suszonego mięsa i paczuszki liofilizowanych owoców. 

     Hermes zostawił mi teczkę z planami misji. Mieliśmy podpłynąć do trójkąta bermudzkiego i wysadzić w powietrze Krakena. Brzmi jak bardzo prosta i przyjemna robota. Bomba atomowa cyk do buzi potworka, wszystko robi kabum jak już odpłyniemy w stronę zachodzącego słońca i wracamy. Trzeba tylko nie dać się zabić. No i lotniskowiec nie może zatonąć. 

     Spakowałam zapas cerberosa na co najmniej miesiąc. Miałam zamiar chodzić naszprycowana jak korpo-szczur w weekend. Dziś już do obiadu strzeliłam sobie dwie kroplówki z tym wspaniałym wynalazkiem. Byłam gotowa przenosić góry. 

    Gdy przyszedł kelner by odebrać tacę po obiedzie przez przypadek rozpołowiłam go nią rzucając w jego kierunku. Biedny mały trybik. Teraz leżał nieruchomo pod moimi drzwiami patrząc martwym wzrokiem w sufit. Gdy Hermes przyszedł po mnie, nawet nie spojrzał w kierunku zwłok. 

     - Panienko Tess, Posejdon jest już gotowy do podróży.  

      Czas rozpocząć prawdziwą misję.