Obudziłam się z silnym poczuciem, że coś jest nie tak. Nie dość, że w nocy męczyły mnie koszmary, to wstałam z okropnym bólem rozrywającym moje żebra. Każdy wdech palił żywym ogniem, kości jęczały pod skórą z bólu, a to wszystko dlatego, że Tom postanowił trzymać na mnie swoją rękę.
Zrzuciłam ją wkurzona i wygrzebałam się z gniazda prześcieradeł i kocy, które się dookoła nas utworzyło. Byłam niewytłumaczalnie wściekła na samą siebie. Wygrzebałam z gratów Toma cerberosa w "epipenie" i rozpoczęłam dzień od czegoś miłego. Strzału z jedynej substancji, która nigdy nie zawodzi. Poczułam jak pali moje żyły, co w zasadzie po takim czasie zaczęło już być całkiem przyjemnym doświadczeniem. Czułam, że żyje.
Ja przynajmniej mogłam spać na miękkim materacu.
Wyszłam z pokoju zostawiając chodzącą fantazję Beksińskiego za mną. W bokserkach i topie wyszłam na górny pokład, mijając w milczeniu niewolników o pustych twarzach. Nie byli zadowoleni z harówki jaką ich tu obciążano, ale przynajmniej było co jeść. U mnie w mieście często mijałam slumsy w drodze do pracy. Dzieci o opuchnietych brzuchach nie biegały hihocząc i ganiając się nawzajem jak to bywa w normalnych dzielnicach. Leżały lub siedziały pod ścianami zamków z kartonu i czekały na śmierć. Produkty braku zabezpieczeń, o które nikt nie miał zamiaru się martwić. Gdybym rzuciła im pod nogi puszkę z jedzeniem dla psów pozabijałyby się nawzajem o jej zawartość.
Ale wróćmy sobie razem do rzeczywistości, która ma miejsce tu i teraz. Oto ja, Tess morderca bez serca, przemierzam górny pokład, zdzierając sobie spód stóp o nawierzchnie wyłożoną specjalnie do lądowania dla podniebnych machin. Cały czas, czuje na sobie spojrzenia najemników stojących z bronią. Pilnują porządku na pokładzie i Posejdona, żeby nie wskoczył do wody. Najwyraźniej jednak moja osoba była bardziej interesująca.
- Mała, schowaj się bo jak pokład majtnie to spadniesz.
Cóż za troska.
Nie wiedzą chyba kim jestem.
Podeszłam do niego i wyrwałam mu karabin z ręki. Próbował się ze mną szarpać, ale to tak, jakby mały piesek szczekał na aligatora. Chciałam wygiąć broń o kolano i oddać mu precelka, ale przypomniałam sobie, że nie mam drugiej ręki, więc takie popisówki zostawię dla w pełni sprawnych fizycznie wariatów na cerberosie.
- Nawet inwalida jest w stanie Cię rozbroić - zakpiłam - więc nie odzywaj się, udawaj, że Cie tu nie ma i reaguj tylko na niebezpieczeństwo. Czy to jasne?
- Tak.
- A teraz aport.
Rzuciłam karabin na drugą stronę statku i nawet nie patrzyłam czy przypadkiem nie wpadł do wody. Po prostu szłam dalej. Przed siebie. Reszta drogi upłynęła mi spokojnie, nikt już nie odważył się zaczepiać kikuta, który jedną ręką obezwładnia jednego z nich.
Ale wróćmy do naszej relacji. Dawno nie rozmawialiśmy. Co tam u Was? Ja mam sie świetnie. Właśnie mierze się twarzą w twarz z moimi lękami.
Stanęłam na niskim relingu krawędzi statku. Spojrzałam w dół na wodę młuconą przez turbiny i czułam bezkresne obrzydzenie na myśl jak zimna musi ona być. Jak wiele paskudnych stworów skrywa. Zamknęłam oczy i pomyślałam o tym, że ból jest chwilowy, a chwała wieczna.
Skoczyłam jak najdalej od statku i turbin.
Woda przywitała mnie jak inflacja Wenezuelę. Totalnie bez czułości. Wciągnęła mnie pod powierzchnię i trzymała mocno w szponach chłodu. Przypomniałam sobie tylko, że trzeba płynąć tam, gdzie bombelki powietrza. To naprawdę wspaniała rada. Genialna. Tylko weź tu oczy otwórz w tak cholernie słonej wodzie... Przestałam się ruszać i pozwoliłam by prąd niósł mnie tam, gdzie tylko miał ochotę. Jeszcze zostało mi trochę tlenu, mogę podryfować. Nieprzyjemne kłucie chłodu na całym moim ciele wstrząsało mną, na zmianę z torsjami wywoływanymi strachem. Brzydziłam się wody i samej siebie za to, że miałam jakikolwiek lęk.
Dlatego tu wskoczyłam.
A teraz dawać mi tu rekina albo inną flądre, muszę ugryźć coś morskiego i można odhaczyć następną fobie.
Poczułam na plecach wiatr, niczym ludzka bojka wypłynęłam na powierzchnię dzięki moim wspaniałym płucom napakowanym pęcherzykami powietrza. Wynurzyłam głowę i zaczerpnęłam tlenu. Przetarłam twarz z ociekającej wody i spojrzałam na tyłek wielkiego statku, odpływający daleeeeko ode mnie. Pomachałam ludziom tłoczącym się na krawędzi pasa startowego. Widziałam jak ktoś skacze do wody z kołem ratunkowym. Nie miałam jednak nastroju na konfrontacje więc zaczęłam płynąć połowiczną żabką naokoło "zbawcy". Coraz bardziej podobało mi się w morzu. Kiedyś świetnie pływałam, ale w basenie, w którym czułam się bezpiecznie. Tutaj trzeba było jeszcze uważać na fale. No i brakuje mi ręki. Naprawdę fajnie byłoby się nie przechylać na jedną stronę.
Zauważyłam, że przestały pracować turbiny lotniskowca. Ktoś się naprawdę musiał przejąć tym, że jak rasowy samobójca skoczyłam w paszcze żywiołu i zniknęłam na trochę pod jego taflą. Bardzo ułatwiło mi to moje upośledzone młócenie wody, bo fale przestały rozbryzgiwać się na mej cudnej twarzy. Myślałam o tym, co zrobiłam o poranku kilka godzin wcześniej. Niczym głupia gęś poleciałam do łóżka z pierwszym facetem który okazał mi cień zainteresowania. Ba, z szalonym naukowcem, który eksperymentuje na ludziach. Ja jestem skurwielem-mordercą, ale on to zupełnie inny level. Ja się pytam czy to jest mi koniecznej do szczęścia. Czy w ogóle go potrzebuje. Nie zrozumcie mnie źle, seks jest naprawdę spoko, ale próbowaliście być kiedyś takimi zimnymi singlami bez uczuć, którzy zabijają dziwne stwory/ludzi na zlecenie i nie przejmują się niczym- tylko beztrosko sarkastycznie wszystkich obrażają i wydają chajs na fancy protezy? Czy ktoś może się z tym choć troszkę utożsamić i udzielić mi jakiejś porady koleżeńskiej?
- TESS DO JASNEJ CHOLERY ZATRZYMAJ SIE!
Kurwa, dogonił mnie.
Niczym delfin z padaczką- przyspieszyłam.
- TESS DO CIEBIE MÓWIE, STÓJ!
Złapał mnie za kostkę i trzymał mocno, jak starszy pan stołka w pracy. Spodziewałam się naprawdę wielu zwrotów akcji, ale niekoniecznie podtopienia, zamiast ratowania. Woda wlała się do moich ust sprawiając, że absolutnie nie miałam możliwości oddychania. Fantastyczny ratownik. Gdy tylko miałam okazję kopnęłam go z całej siły w klatkę piersiową. Oczywiście w wodzie nie da się komuś zrobić poważnej krzywdy kopnięciem, ale pozwoliło mi to nabrać dystansu. Zanurkowałam i niczym mała syrenka płynęłam w stronę lotniskowca.
Niestety dość szybko nieznany wybawca znów mnie dorwał. Szarpnięciem wyciągnął mnie na powierzchnię i robiąc bardzo zgrabne uniki złapał mnie za kark niczym małego kociaka. Zacisnął rękę tak mocno, że usłyszałam w środku jakieś chrupnięcie. Nie mogłam się ruszyć.
- A teraz się uspokoisz- powiedział wyraźnie zmęczony całą tą sytuacją- obrócę Cię i nie myśl nawet o tym by mnie uderzyć.
Akłamenem okazał się być nie kto inny jak Hades. Jedna z niewielu osób zbliżonych do mojego poziomu zajebistości.
- Cześć chuju.
Wsadził moją głowę pod wodę. Po minucie zaczęłam się dusić, ale nie mogłam nawet drgnąć. Wyciągnął mnie gdy zaczęłam już myśleć, że umrę.
Wyrzygałam z siebie naprawdę sporo wody. Ostatkami sił wychrypiałam-
- Witaj o męskie przyrodze...
Znów wsadził mnie pod wodę. Jest naprawdę beznadziejny w ratowaniu życia. Totalnie nie nadaje się na członka słonecznego patrolu.
Gdy za drugim razem rzygałam wodą miałam już mniej poczucia humoru. Generalnie nie lubię jak ktoś usiłuje mnie zamordować za nazywanie go po imieniu.
- Czy skończyłaś już się wygłupiać, próbując zmyć z siebie obrzydzenie do swej karygodnej postawy?- warknął na mnie jakbym mu matkę czerstwą bułką zatłukła.
- Generalnie urządzam sobie sesje terapeutyczną, podczas której staje twarzą w wodę ze swoimi lękami.
- Za pięć godzin będziemy u celu, a przez ciebie musieliśmy wyłączyć turbiny. Marnujemy cenną energię, bo tobie zachciało się jednak popływać.
- Tak.
- Jesteś kurwa niemożliwa.
Uśmiechnęłam się słysząc tak wspaniałą obelgę.
Hades spojrzał na mnie z klasyczną mieszanką obrzydzenia i pogardy. Widziałam jak walczy ze sobą- utopić ją czy nie- myślał. Wybrał jednak łaskę. Przywiązał mnie do koła ratunkowego i pociągnął w stronę statku. Powoli wchodził po drabince, którą dla niego zrzucili trzymając mnie dalej jak sardynkę na lince. Rzucił mną o pokład i wkurzony poszedł do swojej kajuty zmienić przemoczone ubranie. O dziwo nikt nie komentował sytuacji. Wyswobodziłam się z pęt i siedziałam oddychając ciężko. Wnętrze paliła sól, którą mimowolnie zażarłam. Byłam absolutnie rozwścieczona i załamana.
A miałam tylko trochę popływać i uderzyć jakiegoś rekina. Do dupy z taką terapią.
Wszyscy wrócili do swoich zadań. Słyszałam jak Hades drze ryj na niewolników, którzy ponownie musieli uruchomić turbiny. Lotniskowiec po jakimś czasie znów pruł przed siebie. Ja siedziałam w środku koła ratunkowego i patrzyłam tępo w horyzont, na którym kreował się zaczątek lądu.
***** ***
Gdy dopłynęliśmy na miejsce, w którym ten moloch mógł spokojnie zacumować zapanowało niezłe poruszenie. Każdy tylko latał w te i nazad niosąc paczki, które miały zejść na ląd. Jeden z najemników naszej organizacji prowadził zakute w kajdany kobiety z podziemnych lochów. Pojedynczo wkładali je do łodzi transportowych i przypinali je, żeby przypadkiem nie uciekły. Jeszcze nie wiedzą co je czeka, po co miałyby skakać do wody...
Hades uwijał się jak mrówka. Był w swoim żywiole- mógł wydawać polecenia, krzyczeć i udawać, że panuje nad sytuacją. Pewnie będzie płakał w poduszkę ze szczęścia wspominając ten dzień. Ja zaś po prostu siedziałam w kole. Od kilku godzin nie zmieniłam nawet pozycji. Mucha spacerowała leniwie po moim czole wyjadając prawdopodobnie jakieś morskie syfy.
- Tess... - Tom szepnął mi do ucha- musisz się zbierać, wracamy na bazę.
Wzdrgnęłam się zaskoczona jego obecnością. Wstałam machinalnie i wskoczyłam znów do wody, celując w punkt obok szalupy, którą już spuścili na dół. Nie mam zamiaru na razie stawać twarzą w twarz z moim błędem. Podpłynęłam do pokładu i wdrapałam się, witając zaskoczoną załogę.
- Ja tylko do brzegu z Wami podpłyne i już mnie nie ma.
- Ale...
- Jak ktoś się nie zgadza to zawsze mogę go zabić i wyrzucić za burtę. - wszyscy zamilkli i patrzyli na mnie z przerażeniem- Ja moje drogie psy chodzę gdzie chce. Chyba, że Zeus zabroni, ale nie ma go teraz z nami. Więc... wiosłować, jakby od tego zależało wasze życie.
Jakiś niewolnik włączył silnik zamontowany na szalupie i pokierował nas do brzegu. Szczerze to liczyłam na dramatycznie wiosłowanie w rytm bębna, ale widzę że technologia obdziera ludzi z wyobraźni i polotu.
Tom oczywiście krzyczał coś za mną, ale słyszałam go jak przez mgłę. Po odpłynięciu dostatecznie daleko jego głos nawet już do mnie nie docierał. Mam nadzieję, że tak pozostanie na wystarczająco długo.
Na brzegu wyszłam z szalupy i skierowałam kroki od razu do rezydencji, unikając dźwigania bagaży i zaganiania niewolników. Jestem tylko biednym małym kikutem, nie mogę się przemęczać. Na wejściu głównym powitał mnie Hermes, któremu pogłaskałam czubek głowy szepcząc "grzeczna dzidzia". Nie wyglądał na zachwyconego. Minęłam pokój z rekinami, hol z obrazami i weszłam przez masywne drzwi do gabinetu Zeusa. Od razu zauważyłam, że gówniarz siedzi za biurkiem i popija kakao z piankami.
- Co Cię sprowadza Tess - zapytał z wyraźną irytacją w głosie.
- Biznes. Nie mam ręki, potrzebuje więc jakiejś zajebistej protezy, najlepiej takiej, która jest jednocześnie bronią. W zamian popłynę z Posejdonem na misje, którą mu powierzyłeś.
- Posejdon ma zabić Krakena.
Wielkie oceaniczne oślizgłe gówno.
- Wspaniale. To brzmi jak misja dla mnie.
Patrzył na mnie małymi ślepkami z zaciekawieniem. Nie mógł pojąć co mnie skłoniło do wolontariatu. Widziałam jednak, że jest mu to na rękę. Najwierniejszy pies- Hades- zostanie w Bazie, a ja, czyli chodząca niekompetencja i kłopoty- zniknę na trochę z jego oczu.
- Możesz się spakować. Szczegóły misji przekaże Ci Hermes. Czekaj w swoim pokoju na oddelegowanie. Ruszacie za kilka godzin ja musze w tym czasie ukarać Posejdona za jego ostatnie wybryki. Może potem powie Ci, co spotyka tych, którzy są nieposłuszni.
Pociągnął długi łyk z kubeczka i machnął na mnie ręką w geście powszechnie uznanym za wyganiający. Ukłoniłam się posłusznie i wyszłam cichutko zamykając za sobą drzwi. Na zewnątrz czekał na mnie jednak Tom. Równie ociekający wodą co ja.
- Czy możemy porozmawiać? - spytał.
Nawet nie ma takiej opcji. Minęłam go i pobiegłam w kierunku swojego pokoju.
- Tess! - krzyknął za mną- Czy ja zrobiłem coś źle?!
Niemalże stałeś się moim zmartwieniem- pomyślałam- to bardzo źle.
Biegłam najszybciej jak tylko mogłam. Niestety nie dość szybko, bo Tom najwyraźniej zgarniał same plusy z wf-u. Złapał mnie za ramię i obrócił tak, że nie miałam innego wyjścia niż spojrzeć mu w twarz. Zamknęłam więc oczy. Nikt mnie kurwa nie zmusi do patrzenia na siebie jeśli nie mam na to ochoty (chyba, że Zeus).
- Porozmawiaj ze mną.
- Po sygnale, nagraj wiadomość.
- Tess... Ja też jestem trochę rozkojarzony nową sytuacją, ale...
- Ja nie jestem rozkojarzona. Ja Cię unikam celowo. - zabolało go to. Czułam jak zaciska rękę mocniej na moim ramieniu- a robię to, bo absolutnie nie mam zamiaru się o ciebie martwić, nie chce żadnego związku, nie chce czuć czegokolwiek do kogokolwiek.
- Przecież Cię o to nie proszę!
- A ja nie proszę Cie o ściganie mnie i zmuszanie do rozmowy. Puść mnie.
- Nie.
Otworzyłam oczy. Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się tak, jak powinnam to robić cały czas. Jak drapieżca. Wiedziałam, że nie mam szans, jeśli chodzi o szybkość. Tom był zwinny i o wiele wydolniejszy niż ja.
Ale ja byłam silniejsza.
Wbiłam mu pięść pod żebra, wyciskając z niego całe powietrze. Nawet się nie bronił, po prostu poleciał na przeciwległą ścianę niczym bezwładna lalka. Osunął się na podłogę i spluną krwią.
- Daj mi spokój- powiedziałam cicho- zapomnij o tym co sie stało, bo była to najgłupsza rzecz, jaką w życiu zrobiliśmy. Nie będę drżeć za każdym razem jak pojedziesz na misje. Nie chcę żebyś się o mnie martwił, nie chce twojej litości, troski ani uczuć, którymi zaczynaliśmy się darzyć.
Nic nie mówił. Po prostu patrzył na mnie z szeroko otoczonymi oczami, lśniącymi czernią.
Nachyliłam się nad nim i wyszeptałam-
- Nie istnieje dla ciebie. Jasne?
Nie czekając na odpowiedź odeszłam. Zakończyłam ten bezsensowny, nikomu nie potrzebny romans. Na miłość nawet nie chciałam mieć miejsca w sercu. Ona sprawia, że zaczynasz myśleć o swoich czynach, o przyszłości. Nie jestem dobrym człowiekiem i nigdy nim nie będę. To uczucie sprawiało tylko, że ciągle myślałam nad tym co robię. Miłość jest dla Tess sprzed masakry w banku. Ona na nią zasługiwała, potrzebowała jej tak bardzo... teraźniejsza Tess- nie koniecznie.
* * * * * *
Spakowałam się. W czarnej torbie czekał na podróż niezbędnik małego mordercy. Ubrania na wszelkie możliwe okazje, broń, jedzenie suszone, bo karma dla psów i MRE nie przemawia do mnie tak, jak wór suszonego mięsa i paczuszki liofilizowanych owoców.
Hermes zostawił mi teczkę z planami misji. Mieliśmy podpłynąć do trójkąta bermudzkiego i wysadzić w powietrze Krakena. Brzmi jak bardzo prosta i przyjemna robota. Bomba atomowa cyk do buzi potworka, wszystko robi kabum jak już odpłyniemy w stronę zachodzącego słońca i wracamy. Trzeba tylko nie dać się zabić. No i lotniskowiec nie może zatonąć.
Spakowałam zapas cerberosa na co najmniej miesiąc. Miałam zamiar chodzić naszprycowana jak korpo-szczur w weekend. Dziś już do obiadu strzeliłam sobie dwie kroplówki z tym wspaniałym wynalazkiem. Byłam gotowa przenosić góry.
Gdy przyszedł kelner by odebrać tacę po obiedzie przez przypadek rozpołowiłam go nią rzucając w jego kierunku. Biedny mały trybik. Teraz leżał nieruchomo pod moimi drzwiami patrząc martwym wzrokiem w sufit. Gdy Hermes przyszedł po mnie, nawet nie spojrzał w kierunku zwłok.
- Panienko Tess, Posejdon jest już gotowy do podróży.
Czas rozpocząć prawdziwą misję.
Jeny, Tess się robi coraz bardziej wyprana z zdrowych reakcji i wgl bestialska taka jakaś. Czekam na kolejny rozdział. Ogólnie relacje i bohaterowie nabierają głębi.
OdpowiedzUsuńCerberos robi swoje :D
UsuńBiedny kelner, może miał rodzinę, plany na przyszłość pasje. Postać o której prawdopodobnie nigdy więcej nic się nie dowiemy. Ale prawdziwą zbrodnią jest kakao z piankami
OdpowiedzUsuńJego rodzina dostała informacje że zginął w boju ;)
Usuń