poniedziałek, 11 października 2021

Rotten

   Poranek zapowiadał się świetnie. Za oknem promienie słońca muskały równo skoszony trawnik, drzewa uginały się od delikatnego wiaterku niosącego zapach lata i słodyczy wolnego dnia. Ja jak królowa rozmoszczona w puchowych kołdrach z aksamitnymi poszewkami na materacu korekcyjnym za grube tysiące, za który nie musiałam płacić z własnej kieszeni. Jadłam wyjątkowo pyszne śniadanie, tosty francuskie z płatkami migdałów i konfiturą malinową ze świeżych owoców. To wszystko okraszone syropem z daktyli, który był absolutnie obłędnym dopełnieniem. W filiżankach na tacy czekało na mnie gorące kakao i kawa ze śmietanką. Miałam zmieniony opatrunek na świeży, rana goiła się powoli przez truciznę, ale dzięki temu miałam wolne i mogłam robić co chciałam (spać) i nikt mi nie przeszkadzał (w spaniu i jedzeniu) bo zostałam swego rodzaju ofiarą tej firmy niczym Jezu... 

    - CO TO KURWA JEST!- piskliwy wrzask przedarł się nawet przez moje ogromniaste drzwi z dębu- TESS!!!

     Odłożyłam najciszej jak się da tacę z jedzeniem i przykryłam się wszystkimi kołdrami i poduszkami jakie znalazłam. 

    Stukocik eleganckich bucików włoskiej roboty i furkot eleganckiego skrojonego na miarę garnituru zbliżał się do moich komnat. 

     Drzwi otworzył z łoskotem, pewnie zrobił dziurę w ścianie klamką. A dziś skończyli łatać poprzednią... czułam jak niczym drapieżca rozgląda się po pokoju. Szukał mnie nie tylko z pomocą czujnych oczu, ale też nasłuchiwał jak nietoperz. Nie oddychałam. Zastygłam niczym trup. Nie mógł mnie znaleźć, to by była katastrofa.

    - Czuje... tosty... - wymamrotał niczym szaleniec- wiem, że tu jesteś... 

     Doskoczył do łóżka i zrzucił na podłogę wszystkie moje okrycia. Zostałam tylko ja, całe szczęście w piżamie oraz materac (korekcyjny, cholernie drogi, zawsze taki chciałam). 

    - Cześć Hades. Miło Cie widzieć, pięknie wyglądasz. 

    Wyglądał jakby zobaczył karalucha w swojej wymuskanej kuchni. Skrzywił się z obrzydzeniem. Miałam ogromną radochę bo w ręce trzymał mój mały prezent. 

   - Jeśli jeszcze raz zostawisz mi tą padlinę na poduszce to przysięgam, że złożę oficjalną skargę do Zeusa i zasugeruje umieszczenie Cię w ośrodku dla obłąkanych... 

   - Tym razem miałeś ją na twarzy. Nie na poduszce. 

    Zabawy moją dawną lewą ręką sprawiały mi wiele radości. Ostatnio położyłam mu ją w nocy na poduszce. Przykryłam ją kołderką i ułożyłam palce w geście digitus impudicus. Stare ale jare. Prawie przewrócił ośrodek do góry nogami, bo nie miał pojęcia że ją straciłam. Chodził z nią po ośrodku i pytał wszystkich po kolei "to twoja ręka chuju???". Teraz ułożyłam mu ją na twarzy w matczynym geście pieszczotliwie gładzącą jego policzek. To musiała być ciekawa pobudka. 

   - Ty jesteś... no po prostu pojebana jakaś... no nie mam słów po prostu, wyrzuć już ją wreszcie bo zaczyna naprawdę śmierdzieć!- cisnął nią w moim kierunku. Z plaśnięciem odbiła się od ramy łóżka i upadła mi prosto na nogi. Miałam wrażenie że jest połamana. 

     - Hades złamałeś mi rękę. 

     - To już nie jest twoja ręka, kikucie, tylko zgnilizna, którą mnie torturujesz. 

     Wyszedł i z impetem trzasnął drzwiami. 

    A był taki spokojny poranek... 

                         *      *      *      *     * 

    Tom wyjechał na misję i nawet się nie pożegnał. Szuka jakiegoś kretyna, który Pływa zdezelowaną łódką po oceanie zamiast polować na potwory. To kolejny napędzany cerberosem wariat. Ponoć naprawdę jest uzależniony... I teraz zostałam sama. Z jedną ręką na dodatek. Ubieranie się było moją najmniej ulubioną czynnością. Wszystko inne niemalże się nie zmieniło. Walka była ciężka, ale po założeniu obciążnika na kikut, odzyskałam równowagę. Mogłam już walczyć tylko jednym pistoletem, jednym nożem lub mieczem... karabiny odpadały, nie jesteśmy przecież w wymyślonym świecie gdzie seksowne wojowniczki strzelają z biodra i wychodzą z tego bez szwanku. Ja nie byłam ani super seksowna ani głupia. 

    Stałam przed szafą i wpatrywałam się w dziesiątki strojów przygotowanych specjalnie dla mnie. Każdy umożliwiał swobodną walkę, nawet kiecki, bo były skrojone tak, by nie ograniczać żadnych ruchów. Odejmowało im to lwią część uroku, ale byłam gotowa na to poświęcenie. Dziś jednak nie czekało mnie nic szykownego, lub niebezpiecznego. Miałam jedno umówione spotkanie i była to rehabilitacja. Z Ivanem. Jest przerażający. 

     Wybrałam luźne spodnie z twardego lnu. Miały grubą szeroką gumkę w pasie, opuszczony krok i do kompletu koszulę z tego samego materiału. Wyglądałam jak mieszanka ninja i handlarza przyprawami z Indii. Idealnie. 

    Włosy spinała mi sprzątaczka raz na dwa dni. Robiła jakieś dzikie warkoczyki ciasno przylegające do głowy, dzięki czemu kłaki przestały mi przeszkadzać. Wyszłam na bosaka, bo Ivan i tak każe mi chodzić bez butów. Tuptałam do podziemnej sali, śmierdzącej jak wilgotne terrarium z żółwiem.  Nienawidziłam tego zapachu. 

    Mój rehabilitant już czekał. Znów był ubrany w żonobijke i spodenki z dwoma paskami. Jego łysa łepetyna świeciła niczym aureolka nad Jeżuskiem. 

     - Powinna obciąć na łyso.

     - Ivan przestań, lubię mieć włosy. 

     - Miała nie nazywać Ivan. Imię to Pan Yo. 

     - Przestań się nabijać Ivan, zaczynajmy. 

     Spojrzał na mnie jak zwykle z ogromnym rozczarowaniem. 

       Przez kilka godzin wykonywaliśmy ćwiczenia ogólnorozwojowe, na refleks i równowagę. Obciążnik na kikucie obcierał mnie niemiłosiernie i musiałam robić sobie przerwy, bo uczucie rwania w nieistniejącej już dłoni niemal zwalało mnie z nóg. Nie sądziłam że coś czego nie ma może swędzieć. 

     Ivan nie odpuszczał mi żadnych zaniedbań z przeszłości. Już niemalże szpagat robiłam na zawołanie. Najchętniej zwinąłby mnie w precelek i wyturlał z sali za ciągłe pytanie czy był w KGB. pewnie był, ale nie chciał sie przyznać. 

    - Wróci jutro najlepiej łysa. 

    - Jeśli mogę Cię o coś prosić... nie pij tyle. Jesteś na to za młody.

    - Ma 80 lat, nie pije!

    - Każdy nastoletni Rosjanin tak mówi. 

    Machnął chudą ręką i zaczął gadać coś cichutko pod nosem. Ah, ten mój mistrz, szalony człowiek. 

     Resztę dnia planowałam spędzić na wkurwianiu Hadesa. Ostatnio ciągle siedział w rezydencji i dłubał w zwłokach Arachne. Śmierdział przez to jak jej leże, w którym utraciłam moją możliwość zapinania guzika w spodniach i zwijania skarpetek w kulkę. Teraz jednak nie było go ani w laboratorium, ani w pokoju. 

    W zasadzie nigdzie nie mogłam go znaleźć. Schował się. 

    W rezydencji kręciły się tylko służące i bliźniaki z piekła rodem. Pilnowali mnie, bo Zeus nie ufał mi do końca po tym jak zarzuciłam mu niekompetencje w przyszykowaniu merytorycznym do misji. Jakbym wiedziała, że idziemy na trujące pająkoczłowieki to założyłabym zupełnie inną kreację. Czołg na przykład. 

    Nie mogłam więc za karę opuszczać rezydencji aż dojdę do siebie. Strasznie nie uczciwe układy, bo ręką mi przecież nigdy nie odrośnie... 

                         *    *    *     *    * 

    Na kolację zrobili mi steka.  Wyglądał wspaniale, pachniał jeszcze lepiej, ale był w jednym kawałku. Patrzyłam na niego i na purré z marchewki jak na skarb, którego nie mogę dosięgnąć. Choć purré w sumie mogłam jeść jedną ręką. 

     Już chciałam wziąć mięso do ręki i jeść jak troglodyta, gdy do pokoju, jak zwykle bez pukania wszedł zaginiony Hades. 

     - Zostaw! Nie, nie, nie, to zbyt piękny kawałek mięsa byś jadła go jak zwierzę. 

     - Pokroisz mi w kawałeczki? Mamusia zawsze kroiła. 

     - Sama sobie pokroisz- usiadł na moim łóżku i wyjął zza pleców długie czarne pudełko z wygrawerowanym symbolem rodu Zeusa. - szef kazał mi zrobić dla ciebie rękę, żebyś przestała zostawiać starą gdzie popadnie. 

    - Sprzątaczka nie chce mi jej oddać.

    - Wyrzuciła ją. 

    - To oburzające. To tak jakby wyrzuciła mnie! 

    Hades wyjął z pudełka matową czarną rękę wykonaną z dziwnego lekkiego materiału. Była idealną repliką tej części którą Tom mi odciął. Nałożenie jej zajęło mu dosłownie chwilę, a po zapięciu wszystkich klamerek, przykleił mi elektrodę do karku. 

   - Poruszaj nią troszkę. Nie będzie się nadawała do walki i nie zastąpi Ci idealnie tego co straciłaś, ale kotleta pokroi. 

   To bez sensu. Po co mi złom, który może tylko widelec utrzymać. 

    - Ma też skrytkę na przekąski.

    O jezu chce ją mieć. 

    W jej wnętrzu faktycznie znajdowały się przekąski. Najlepszy prezent na świecie. 

    - Dzięki Hades. 

    Palce protezy poruszały się niemal równie płynnie, co te u prawdziwej dłoni. Łokieć zginął się i prostował, a nadgarstek oferował pełną gamę ruchów.  Całość była dziwnie lekka i zwinna, jej połączenie ze mną było tak naturalne... niesamowita technologia. 

    Wzięłam nóż i widelec w dłonie, by pokroić mięso. Nie sądziłam że tak bardzo zatęsknię za pełną samodzielnością. 

     Zjadłam w milczeniu zachwycając się zarówno smakiem jak i precyzyjnymi ruchami protezy. Zachowywała się jak prawdziwa ręką. Nie była tak powolna i toporna jak te, które widziałam w telewizji nim trafiłam do tego cyrku na kółkach.  

   - Ćwicz codziennie i zdejmuj ją przed snem. Ja musze juz jechać. 

    - Jest jakaś nowa misja? 

    - Tak, musimy ściągnąć Toma i jego... cel spowrotem do rezydencji. Sam nie da rady. 

    - A nie mogę jechać z Wami?

    - Dopiero co straciłaś kończynę na misji musisz odpocząć  

     - Jeśli jeszcze jeden dzień spędzę z tym Rosyjskim pijakiem to wyjde z siebie i stanę obok. To jakiś koszmar. 

     - Pan Yo pochodzi z Chin. 

     - Tobie też próbował to wcisnąć?

     Pokręcił tylko głową i westchnął.  Z obrzydzeniem otrzepał się z niewidzialnych pyłków i wygładził garnitur. Przez chwilę patrzył mi prosto w oczy i zastanawiał się co mi odpowiedzieć. 

    - Ja teraz wychodzę z rezydencji. Nie zdążyłabyś nawet... 

    Poderwałam się z łóżka i naciągnęłam dzisiejszy strój na piżamę. Ominęłam autentycznie zdegustowanego Hadesa (było mi widać kolana) i otworzyłam drzwi do swojej komnaty. 

    - Idziemy? 

poniedziałek, 4 października 2021

Pain

    Trup leżał na ziemi pod nogami mojego dawnego kolegi ze szkoły. Światło latarki padało na nieruchome ciało zwyczajnej kobiety, nie potwora z którym walczyliśmy. Po rozcięciu czaszki na trzy puzelki Arachne zmieniła się spowrotem w ludzką istotę, co dziwiło najwyraźniej tylko mnie...

    - One tak zawsze... wracają do oryginalnej postaci po śmierci? 

    Tom wycierał poplamione krwią klingi w swoje spodnie, mamrocząc pod nosem coś o niehigienicznych warunkach pracy i "zbyt małych zarobkach jak na taką harówkę". My coś w ogóle dostajemy po takiej misji? Nie pamiętam podpisywania umowy... czy w takich wypadkach jest to umowa zlecenie czy o dzieło?

   -Tess, to kiedyś byli ludzie oczywiście, że po śmierci wracają do prawdziwej postaci, to tylko czary Ateny, nic więcej. 

   - Czyli... jak mnie taka ugryzie, to nie zmienię się w półpająka? 

    - No jasne, że się zmienisz. Myślisz, że niby jak one powstają. Wpadają w sieci tej prawdziwej Arachne, która jest zarozumiałą suką, a ta zmienia je w swoje marne podróbki... niby może też złożyć jajeczka, ale do tego musiałaby znaleźć kochanka, który zignorowałby jej wygląd.

    - To składa jaja? Tego jest więcej?!

    - Tess, my dopiero zaczynamy. Nie daj się ugryźć, nie rób niczego głupiego i celuj w głowę, pewnie są ich tu dziesiątki. Musimy iść dalej. 

    Wyprawa kanałami niesamowicie się dłużyła, musieliśmy unikać licznych, lepkich nici, które były absolutnie wszędzie. Leże tych kreatur musiało być niedaleko, bo dodatkowo moje ślinianki zasuwały jak szalone przez coraz silniejszy aromat grzanego cukru. Tom zupełnie znikłby w ciemności przedemną, gdyby nie latarka, którą oświetlał nam drogę. Poruszał się szybko i zwinnie, zupełnie jakby już wcześniej musiał unikać lepkich nici zostawionych przez zaczarowane krawcowe...  

   Nagle zatrzymał się bez żadnego uprzedzenia i wyciągnął zaciśniętą pięść nad głowę. Stanęłam tuż za nim i wyjrzałam jak zza kolumny, starając się dostrzec potencjalne zagrożenie. Na końcu kanału zauważyłam delikatną złotą poświatę.

    - Tess, przygotuj się- szepnął - teraz będzie ich o wiele więcej. Tak jak mówiłem, wal prosto w łeb i chroń się przed ugryzieniami. 

    Wyjęłam oba pistolety, sprawdziłam czy są naładowane i przygotowałam kilka magazynków na podmiankę. Byłam gotowa. Tak mi się wydawało. Chyba. 

   Tym razem to my zaskoczyliśmy te bestie. Pewnie nie spodziewały się, że rozprawimy się ze strażniczką, która nas zaatakowała na początku. Te, które ujrzeliśmy w leżu były o wiele mniejsze. Pewnie Arachne zmieniła w swoich sługusów małe dziewczynki. Ciężko było je zabijać, ale no taka praca... najciężej było zastrzelić pierwsze dwie, potem przestałam myśleć o tym kim mogły kiedyś być. Tom ciął maczetami jak zawodowiec. Aż miło było popatrzeć, jak złota połyskująca krew kontrastowała z jego czarnym ubiorem. Po kilku walkach cały był już uważany w osobliwej posoce, przez co wyglądał jak Ci ludzie na rynku, którzy udają posągi. Nie miałam jednak czasu mu się przyglądać. 

   Chmary małych pajęczych potworów nacierały na nas bowiem ze wszystkich stron. Kilka razy były bardzo blisko mnie, zdecydowanie za blisko... starałam się trzymać dystans, celowałam im między oczy i wykańczałam jedną po drugiej. Już miałam zacząć się śmiać i zagadywać do Toma, że całkiem łatwe to zlecenie, ale wyrżnęłam się o martwe maleńkie ciałko, które znalazło się pod moimi nogami. Maszkary wyczuły okazję i nie mogły jej przepuścić. Większość z nich doskoczyła do mnie natychmiast. W panice strzelałam dookoła niemal na oślep. Kolejne ciała padały dookoła mnie z głuchymi plaśnięciami. 

    Skończyła mi się amunicja.

    Drogi pamiętniczku. Czemu kurwa moje życie jest jakie jest. 

    Sięgnęłam po nóż, prawie udało mi się zaatakować jedną z nich, ale poczułam ugryzienie. Z lewej dłoni zaczęła ciec krew, ból wdarł się przemocą i wycisnął mi łzy z oczu. Wrzeszczałam tak głośno, że odsunęły się ode mnie na kilka metrów. Spojrzałam na moją poturbowaną dłoń i zorientowałam się, że mini Arachne dalej jest wszczepiona we mnie zębami. Resztkami sił zacisnęłam pięść i roztrzaskałam ją o posadzkę na miazgę. 

    - Tess! - przerażony Tom doskoczył do mnie i zacisnął mi dłoń w żelaznym uścisku kilka centymetrów pod łokciem.- Tess jeśli ona Cie dziabnęła to mamy przejebane, musimy coś z tym zrobić bo zmienisz się w półpająka! 

   - Odetnij tą rękę po prostu, nie mam zamiaru dołączyć do jakiegoś dziwnego klubu, w którym chodzi się półnago. - wycedziłam przez zęby. 

    Dzieci Arachne patrzyły na nas jak zahipnotyzowane i nie wykonywały żadnego ruchu. Stały w bezpiecznej odległości i wlepiały paskudny szereg ślepi w moją rękę, z której dalej kapała krew. Ale zaczęła zmieniać kolor... widziałam w niej błysk złota. 

    Tom zacisnął dłoń jeszcze mocniej, poczułam jak kość wygina się i łamie pod jego naciskiem. Bredząc coś cichutko pod nosem sięgnął po czysty nóż do jednej z kabur przypiętych do paska i zawiesił go tuż nad moim przedramieniem. 

    - Tnij ponad łokciem dla pewności. 

    - Tess cerberos jest zajebisty ale rękę Ci nie wychoduje po tym ukąszeniu. 

    - Będę walić prawą, zrób to. 

    Tom przyłożył klingę tuż nad zgięciem łokciowym i spojrzał mi prosto w oczy. Widziałam w nich szczery żal i współczucie. Nie zrywając kontaktu wzrokowego zaczął przedzierać się ostrzem przez mój nadniszczony kombinezon, ciało, kość... I tak oto straciłam większość mojej lewej ręki. Odcięta część ciała upadła na ziemię, a ja zamiast czuć ból, żal po stracie i rozpacz uogólnioną- poczułam ulgę. Trucizna pradawnej bolała o wiele mocniej. 

    Wraz z utratą ręki znikł nasz immunitet i pająkowate istoty znów się na nas rzuciły. Nie miałam czasu na złośliwe komentarze, w stylu "Tom tnie kończyny jak moją ślepa babcia chleb łyżką", trzeba było znów walczyć o życie. Co chwilę traciłam równowagę, musiałam naprawdę włożyć w potyczkę dwa razy więcej wysiłku niż wcześniej. Zdrowa rana zasklepiła się w kilka sekund więc nie było mowy o wykrwawieniu się. Tom jakby nagle dostał turbodoładowania- ciął i masakrował z szewską pasją. Aż miło by było popatrzeć. 

    Gdy wycięliśmy większość maszkar, dostrzegłam jak z sufitu powoli zsuwa się po grubej nici największa z nich. 

    - Tess, tamta jest naszym celem, po nią tu przyszliśmy! 

     Wyciągnęłam z saszetki łańcuch, był bardzo cienki i wytrzymały. Miał dziesięć metrów długości i idealnie nadawał się do złapania paskudy. Rokręciłam go nad głową do imponującej prędkości i wzięłam potężny zamach. Łańcuch owiną się dookoła jej szyi. Pociągnęłam z całych sił i udało mi się ściągnąć potworne cielsko na ziemię niedaleko mnie. Doskoczyłam do celu i zamachnęłam się nożem, jednak... ona nie stawiała żadnego oporu. Patrzyła się prosto w moje oczy i płakała złotymi łzami. 

    - Zabij mnie łowco- przemówiła- skończ moje wieczne cierpienie. Dar Ateny już mnie męczy. 

    - Tom, ona gada. T O M ONA GADAAA! 

    Mój towarzysz wbił maczetę między oczy ostatniemu małemu potworkowi i podbiegł do mnie. 

     - Jak to gada. 

     - Może ty mnie zabijesz łowco. Skończcie moje cierpienie. 

     -Ty, kurwa, faktycznie gada. 

     - Czemu mówisz, że mamy Cie zabić, po co była ta walka z nami, skoro i tak chcesz umrzeć. 

     - To nie ja walczyłam tylko moje... nieudane dzieci. Chciałam mieć potomstwo,  ale okazało się, że nie mają one w sobie nic ludzkiego. Ani te przemienione, ani urodzone... Nie zniosę już tej samotności. 

    Tom patrzył to na nią to na mnie osłupiały. 

   - Czyli ty tak sobie wisisz pod sufitem i dziergasz szlaczki z sieci, a one sieją pogrom i zniszczenie? 

    - Nie mogę im tego zabronić, nie słuchają się mnie. 

     - Tess, zabij ją ja nie mam na to siły, to jest... no za dużo jak dla mnie... 

    - Tak, łowczyni, zabij mnie, skończ moje...

    Wbiłam jej maczetę prosto między oczy. Ostrze zaklinowało się w ziemi pod głową Arachne, ale przytrzymałam jej łeb nogą i zaparłam się porządnie, dzięki czemu udało mi się wyrwać klingę. Uderzałam z pasją, raz za razem, zmieniając jej durny paskudny łeb w dżem truskakowy. Haha, ależ mi się skojarzyło.... Gdy nie zostało z niej nic, poza mokrą złotą plamą wrzasnęłam na jej martwe ciało. Straciłam rękę, bo jakaś durna flądra postanowiła naprodukować niebezpiecznych dzieciaków dla towarzystwa... 

   - Kurwa mać, jebana...  no co za... kurwa... moja ręka...  straciłam kończynę dla takiego żałosnego zakończenia... 

    - Oh Tess, zrobimy Ci piękną protezę.

    -W dupie mam twoją protezę... Na pewno nie odrośnie?

    - Nie, takie rzeczy nie odrastają, Cerberos wychodował Ci trochę ciała na policzku, ale z kośćmi... pięknie je łączy spowrotem w całość, nie hoduje ich, przykro mi. 

   Byłam wściekła. 

   Podeszłam do mojej amputowanej kończyny i podniosłam ją z ziemi. Chciałam ją otrzeć z brudu i złotej krwi, ale kikutem średnio mi to wychodziło. Była taka zimna.  Bez życia. 

    - Biorę ją na pamiątkę... chodźmy stąd, chce do domu.... 

    Tom objął mnie w pasie i zaczęliśmy iść. Bardzo powoli przedzieraliśmy się przez martwe ciała dzieci, nastolatek i kałuże lepkiej błyszczącej krwi. Widok był upiorny. Robiło mi się nie dobrze na myśl o tym, że potężna część z tych martwych ciał leżała pod moimi nogami, bo ja je tam zostawiłam, pędząc przed siebie w morderczym szale. Walczyłam o życie. Widok jednak nie poprawiał się od takiego myślenia. Wszystko było po prostu beznadziejnie przerażające. 

     Nie zarejestrowałam momentu wyjścia z kanału. Nim się obejrzałam siedziałam w wozie prowadzonym przez Alberta, Jona czy innego milczącego chuja. Tom zapiął mi pasy i ciągle pytał jak się czuje, a ja nie odpowiadałam, bo nie miałam pojęcia co mówi się w takiej sytuacji. 

    Przyciskałam do piersi moją odciętą rękę i głaskałam ją, próbując pocieszyć, że już nie jest częścią mnie. 

    Czułam się jak gówno, a Tomowi nie zamykała sie jadaczka. Ciągle nawijał o tym że straty które ponieśliśmy są ogromne, ale przynajmniej daliśmy radę. Spojrzałam na niego i przyłożyłam mu uciętą kończyną w łeb.

    - Zamknij się. Po prostu milcz. 

     Wyraźnie zgaszony siedział już do końca drogi w milczeniu.